niedziela, 19 marca 2017

Gruzińska supra


Jak pisaliśmy poprzednio znaleźliśmy się w domu kolegi, którego dopiero poznaliśmy. Czuliśmy się trochę nieswojo, bo właśnie wbijamy na chatę do svaneckiego alpinisty i nie mamy pojęcia kto to jest. Ale dla gospodarzy to nie problem, więc my też nie protestujemy.
Posadzili nas w salonie, za chwilę nasz gospodarz przedstawił całą swoją rodzinę, to jest żonę, dzieci, rodziców i nawet wiekowa babcia przyszła się pokazać. To już wiedzieliśmy u kogo jesteśmy, jeszcze tylko nie znaliśmy imienia naszego alpinisty! Dopiero po kilkunastu minutach załapaliśmy, że ojciec alpinisty woła go: Jasia. Udało się!
Jasia posadził nas przy stole, jego matka i żona zaczęły koło nas chodzić, jedna zaparzyła kawę, druga napaliła w piecu mimo, iż było wystarczająco ciepło. Chwilę jeszcze pogadaliśmy i gospodynie zaczęły serwować to co produkują w swoim gospodarstwie. W opór bardzo smacznych warzyw, świeże pieczywo, jogurt z mleka wydojonego własnoręcznie. Czacza domowej produkcji. Niby nie za bogato, ale postawili wszystko co mieli do zaoferowania, co było dla nas dość niezręczne.

Siedzieliśmy przy stole z Jasiem (powinno być Jasią, ale źle to brzmi) i jego ojcem. Kobiety siedziały na sofie po drugiej stronie salonu i nie uczestniczyły w biesiadzie. Jedyny udział jaki miały to przy dostarczaniu kolejnych porcji jedzenia na stół. I za każdym razem nam uświadamiano, że to swojskie, w domu robione. Chwaliliśmy, bo i było za co! W miedzyczasie piliśmy w rytm gruzińskich toastów i co tu dużo mówić - praktyka czyni mistrza.

Gospodarze byli bardzo serdeczni i chcieli z nami porozmawiać o wszystkim, niestety nasz rosyjski jeszcze raczkował i raczej dukaliśmy niż mówiliśmy. Mimo to wytłumaczyliśmy czym się zajmujemy i jakie mamy plany. Omówiliśmy sytuację ekonomiczną i polityczną w Polsce. Znaczy wiecie wtedy to jeszcze było na zasadzie: ekonomia płocha, polityka płocha, 400 dolary na miesiac w Polszy, nam nada w Anglii robotać - tam harosze dziengi. W zamian dowiedzieliśmy się od nich, jakie to reformy Shaakaszvili przeprowadził, jak się ludziom żyje w Svanetii. A ponadto, że samolot nad Smoleńskiem to Putin strącił za to, że Kaczyński udzielił wsparcia dla Shaakaszviliego i Gruzji. Przytaknęliśmy, OK szanujemy.
Robiło się już późno, alkohol dawał się we znaki, ale wypadało chociaż odstawić. Poszliśmy z Jasiem do sklepu, po drodze oprowadził nas po ciekawych zakamarkach, pokazał muzeum Mestii imienia pierwszego svaneckiego alpinisty Michaiła Chergianiego. Jasia się bardzo z nim utożsamia, wymieniał swoje sukcesy sportowe, ale tylko zapytany o nie. Skromność mu nie pozwalała. Po drodze wita się z nim połowa wsi; tłumaczy: ten to szwagier, tamten kuzyn, kolega. Wreszcie docieramy do sklepu. Kupujemy 5 litrowe wino i wracamy do Jasi.
Niestety, popełniamy poważny błąd, bo już melanż poniósł. I pijemy dalej. Rozkminamy jaki potencjał ma Jasia dom i planujemy mu gościniec dla polskich turystów. Wreszcie pytamy: Jasia, jutro poniedziałek, do pracy nie idziesz? Nie, ja mam krowy i ogródek, krowy się pasą, żona doi, mama ogródek uprawia, mamy co jeść. Cześć mleka i warzyw się sprzeda, są pieniądze. Tym optymistycznym akcentem - że można inaczej niż w korpo albo na magazynie czy na budowie- zakończyliśmy imprezę

niedziela, 5 marca 2017

Gruzińskie toasty

O świcie budzą nas krowy i byki wyjące podczas samowolnej wspinaczki na górskie pastwiska. Rozsuwam namiot i przed nami młody byczek, nie wiem kto bardziej zaskoczony, my czy on? Perspektywa ewentualnego rajdu na namiot byłaby przerażająca, ale spokojnie. Dwa dni omijania gruzińskich krów i byków na szlakach sprawia, że niczym kowboj na westernach mogę przepędzać byki z naszej drogi kijami trekkingowymi. Aha reagują też na paszoł won!. Tak było i tym razem, trzy pierwsze przegoniłem na wyższe pastwiska, ale za nimi przyszły następne. W pewnym momencie bydła było za dużo wokół namiotu. I wszystkie chciały zobaczyć nasz namiot z bliska. Konkurencja była tak duża, że byczki zaczęły rozbijać się między sobą jak na derbach Krakowa o teren obok namiotu. W westernach było, że podjudzonych byków lepiej nie prowokować, zatem skapitulowaliśmy. Zdecydowaliśmy się zwinąć namiot jak najszybciej, a to że atmosfera się coraz bardziej zagęszczała sprawiło, że zrobiliśmy to w rekordowym tempie.

Po śniadaniu nad pobliskim potokiem udaliśmy się autostopem do Mestii z zamiarem uzupełnienia zapasów. Miał to być lekki dzień, dlatego kupiliśmy 3 litry wina, chleb i chaczapuri, po czym udaliśmy się szlakim pod lodowiec Chaladi. Trasa bardzo monotonna, najpierw 10 km po płaskiej drodze. Zaraz po wyjściu z miasta mijamy lotnisko królowej Tamary. Nowe lotnisko na płaskim terenie pośród gór, widać że krowom zabrali pastwisko, do dziś bidulki szlajają się wokół. Wygląda to dość komicznie jak żując trawę obserwują samoloty odlatujące do Tbilisi i Kutaisi. 

Zbliża się południe, słońce niemiłosiernie pali, chowamy się w cieniu nad potokiem, chłodzimy wino i nogi. Kupiliśmy wino w 3 litrowej plastikowej butelce za nieduże pieniądze, dlatego mieliśmy pewne obawy. Ale gruzińskie wino jest pyszne, tanie czy drogie, do tego schłodzone w lodowatym górskim strumieniu. W akompaniamencie szumu strumieni i przy widokach lepszych niż tych znanych z reklamy szwajcarskiej czekolady pijemy czarne wino tak jest określane to czerwone wchodzi nadzwyczaj dobrze. A przecież mieliśmy jeszcze iść pod lodowiec. 

Z trudem zbieramy się z za długiej przerwy i idziemy dalej. I kiedy wydawałoby się, że jest już za późno, żeby dotrzeć i wrócić zatrzymuje się zdezelowany ford transit. Kierowca mówi dawaj i wsiadamy na pakę zawaloną resztkami gruzu. Wtedy po raz pierwszy doszliśmy do wniosku, że nazwa państwa wcale nie jest od Gieorgija. Z miejsca do którego nas podwiózł zostało tylko 1,5 godziny marszu do lodowca Chaladi. Lodowiec szału nie robi (jak na kaukaskie warunki) i dzień uznalibyśmy za mocno średni gdyby nie Gruzini spotkani w drodze powrotnej.

Z dali usłyszeliśmy głosy większej grupy. Za chwilę zobaczyliśmy lokalnych ziomeczków imprezujących przy niedzieli na gruzie, to znaczy kamieniach ułożonych na kształt stołu i taboretów. Jeden z nich nas zawołał: dawaj, u nas czacza taki gruziński samogon, spojrzeliśmy na siebie z Gosią porozumiewawczo i poszliśmy bez zastanowienia. Kilku osobowa grupa piła czaczę, zapijała piwem i wydawało się, że rozkminiała sens sensu. Jeden z nich mówił dobrze po angielsku. Było to bardzo edukacyjne kulturowo doświadczenia. Gruzińska supra, czyli melanż ma swoje zasady. To nie jest takie słowiańskie chlanie. Tam jest taki MC (mistrz ceremonii) i on zaczyna toast. Musi to być osoba elokwentna, dobrze jak jest najstarsza w towarzyskie i ma mocną głowę. I jeden toast za drugim. Teraz pijemy za tych co odeszli, za chwilę za utracone terytoria: Abchazję i Osetię. Za chwilę ja wznoszę toast za gruzińską gościnność. W międzyczasie wyciągam butelkę wina, tę która została nam się z południowego odpoczynku. Jeden z Gruzinów komentuje jaki krasivy człowiek i za chwilę pijemy w toastach za przyjaźń polsko-gruzińską.


jadalna roślina
Ludzie z którymi biesiadujemy nazywają się Svanetami, mają własny język i są bardzo dumni ze swojego regionu i jego tradycji. Między toastami, częstują nas jadalnymi roślinami zebranymi w górach, za chwilę zakąszamy nimi alkohol. Jeden z nich wyciąga swój nóż myśliwski by obrać łodygę kolejnej rośliny, żeby pozbyć się gorzkiego posmaku zewnętrznej warstwy. Nóż też jest tradycyjny, każdy z nich ma taką kosę przypiętą do pasa. Za chwilę tłumaczą, że znają te góry jak własną kieszeń, chodzili ze swoimi ojcami na polowania, rozpoznają dzikie jadalne rośliny dlatego mogą w górach przeżyć bez prowiantu. Przy okazji toastów o Abchazję i Osetię, pytamy o stosunek do Rosjan. Opinie wszystkich są jednoznaczne, to nie ludzie wojują, to polityka ludzi na wojnę wysyła. Ruski człowiek haroszy” - mówią.

Pomału robi się późno, ziomeczki pytają o nasze plany. To planujemy się rozbić gdzieś tu i jutro iść na Uszbę. Dobrze podwieziemy was i pokażemy dobre miejsce do biwakowania. Po chwili podjeżdżają klasyki radzieckiej motoryzacji z lat 60-tych. Pierwszy to terenowy GAZ, a drugi to też GAZ tylko, że półciężarówka. Pakujemy się na ten drugi i podskakując na wybojach popijamy ostatnie piwo, które jeden z nich uprzednio zostawił w samochodzie. Nie ważne, że jest ciepłe. Wyborna zabawa. Wrażenia z jazdy na pace radzieckiej maszyny niezapomniane. 

Po drodze przybijamy oponę na gruzińskich kamieniach. Nic nie szkodzi, zapasowe koło od tego pierwszego Gaza będzie pasować i do tego, tyle, że nie ma podnośnika. W końcu jest nas kilku, wszyscy pijani, to wiadomo, że damy radę. Koło wymienione jedziemy dalej. 

Zbliżamy się do miasta. Dopytujemy, gdzie to miejsce na biwak które polecaliście? Spokojnie. Za chwilę zatrzymujemy się pod jakimś domem i ten co zna angielski powiedział wskazując na szefa toastów on jest alpinistą, jutro idzie na Uszbę, zabierze Was. I tak znaleźliśmy się w gruzińskiej gościnie i rozbiliśmy namiot przed domem nowego kolegi, którego imienia nawet nie znaliśmy. 

niedziela, 26 lutego 2017

Góry Svaneti

Po przejściu kilkuset metrów szlakiem stwierdziliśmy, że nasze plecaki przygotowane na ewentualności 2-3 miesięcznego tripu są zbyt ciężkie. Szybki przegląd i z plecaków wylatują: cichobiegi (adidasy, czy jak to się tam w PL nazywa), maska i rurka do nurkowania, połowa ciuchów. Razem jakieś 3-4 kilogramy mniej na naszych plecach, no i kwestia miejsca w plecaku też nie pozostaje bez znaczenia. Zbędne fanty zagrzebujemy w przydrożnej stercie kamieni, by wrócić do niej po blisko tygodniu. Polecam to rozwiązanie, korzystaliśmy z niego przy każdej okazji podczas tych wakacji. Z początku bardzo ostrożnie. Tylko rzeczy zbędne podczas najbliższych dni, z czasem braliśmy tylko rzeczy których nie mogliśmy stracić, czyli dokumenty, aparat i ewentualny zapas odzieży na kolejny dzień, gdyby wszystko zniknęło.
I poszli! Do zmierzchu 4 godziny, mijamy pastwisko za pastwiskiem,  z góry coraz lepszy widok na Mestię i przeciwległe pasmo górskie na granicy gruzińsko rosyjskiej. W dole dostrzegamy lotnisko i svaneckie wieże, naprzeciw z chmur wyłaniają się monumentalne szczyty Uszby. Jest pięknie, szkoda tylko, że pada. Godzinę przed zmierzchem rozbijamy obóz. Jesteśmy 1800 m n.p.m. słońce zachodzi i robi się coraz zimniej i zimniej, a przecież jest czerwiec! Mamy ultra lekkie śpiwory, każdy ma komfort określony na 15ºC. Tymczasem zaraz po zachodzie słońca popijamy wino i zauważamy, że para leci z ust. Spanie w ubraniu i w czapce, a i tak zaraz przed świtem człowiek budzi się z zimna i zakłada trzecią bluzę i kurtkę, bo niemiłosiernie ciągnie od gruntu.



Wstajemy zaraz po świcie, słońce jeszcze nie wyszło poza pasmo gór za naszymi plecami. Parzymy kawę i robimy śniadanie. Słońce podnosi się wyżej, chmury ustępują, przed nami Uszba w całej okazałości, warto byłzmarznąć tej nocy.



Zwijamy namiot i idziemy dalej szlakiem do Zhabeshi. Po drodze widoki niczego sobie. Droga zajmuje cały dzień, zbaczamy nieco ze szlaku by zejść do wiosek i przyjrzeć się nieco bliżej słynnym svaneckim wieżom. Legenda głosi, że Svanetia nigdy nie została podbita, bo jak ktoś najeżdżał to wszyscy ewakuowali się do wież, łącznie z dobytkiem i rogacizną, by przeczekać najazd. Faktycznie Svanetia została niezdobyta, ale dlatego, że dotarcie do tej krainy samo w sobie jest trudne. A wieże istotnie służyły do obrony, ale przed sąsiadami.



Docieramy do Zhabeshi, wioski leżącej na rozdrożu szlaków do Ushguli (o tym później) i na lodowiec Kitlo. Wybieramy drugą opcję, krótszą z planem rozbicia się gdzieś po drodze. Jeszcze tylko zajdziemy do sklepu po chleb i wino, bo konserw pół plecaka w Internetach pisali, że lokalne tuszonki drogie i słabej jakości. Pytamy starszej kobiety w wiosce o magazin, ale nie ma. To gdzie wy chleb kupujecie? Sama wypiekam, poczekajcie mam jeszcze dwie bułki to wam dam. Pierwsza myśl bardzo uprzejmie z jej strony, ale ile pociągniemy na dwóch bułkach pod górę?! Bułki wagowo okazały się ekwiwalentem chleba, a kobieta nie chciała słyszeć o zapłacie. Grzecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy pod górę.

Szlak do lodowca wiedzie wzdłuż dużego potoku. Trawersów brak, wąska i bardzo stroma ścieżka pokryta sypkimi kamieniami na krawędzi wąwozu, w którym kilkanaście metrów niżej płynie ów potok, nie pozwala na chwilę rozkojarzenia. Mijamy najpierw jeden potem drugi dość newralgiczny punkt, gdzie zwyczajnie trzeba się wspinać, po osuwających się kamieniach pomiędzy którymi płyną mniejsze potoki wpadające do tego większego. Do tego 20 kg na plecach, nie wiadomo jak będzie dalej i gdzie rozbijemy namiot, za to jest świadomość, że zejść będzie trudniej. Z bólem zawracamy, to ostatni moment, żeby dotrzeć przed zmierzchem na pastwisko u podnóża góry.

Rozbijamy namiot, robimy kolacje menu: bułka, konserwa gulasz angielski i kilka łyków wina przelanego do plastiku żeby nie dźwigać zbędnych kilogramów. W takcie obserwujemy gruzińskie krowy, które zdolnościami niemal dorównują kozicom górskim.