niedziela, 24 marca 2013

Depresja powyjazdowa


Każdy szanujący się backpacer powie, że tylko w drodze w pełni czuje, że żyje. Kiedy jest daleko od domu, każdy dzień jest większą lub mniejszą przygodą, bo to nie wczasy all-inclusive. Tu nie wiesz gdzie będziesz spał, czy w ogóle spał, co jadł, nawet czy w ogóle jadł. Nie wiesz kogo spotkasz, na pewno nie obsługę hotelową, która mówi po angielsku i robi wszystko, żeby umilić Ci pobyt, bo jej za to płacą. Za to każdy napotkany człowiek może być tak samo bardzo uprzejmy i pomocny jak też wredny i złośliwy. Spotkasz ludzi którzy sami zapytają czy Ci nie pomóc, bywa nawet, że dadzą coś do jedzenia, postawią piwo, zawiozą kilka kilometrów dalej niż sami jadą. W tych samych miejscach spotkasz najgorsze wszy żerujące na ludziach, nie pomogą pytani o drogę, udają że nie rozumieją, jak stawiasz plecak na przystanku i sprawdzasz rozkład, to tylko patrzą jak go zajebać. Nie wiesz nic! Idziesz w nieznane i jeśli nawet czytałeś wszystkie przewodniki, ostrzeżenia i relacje innych podróżników, to poza tymi samymi budynkami i ulicami, to będzie zupełnie inny świat. Bywa, że rodacy widząc polską flagę na poboczu dostają zawężenia pola widzenia, a w tym samym miejscu zatrzymują się Rumuni, którzy od kilku lat pracują w Katowicach i wracają na urlop w rodzinne strony. W tych samych polecanych, bezpiecznych knajpach można stracić zdrowie za sprawą beznadziejnego jedzenia, bądź latających krzeseł i butelek. Pomijając ekstremalne sytuacje, nawet codzienne czynności są ciekawe. Bywa, że zabawne. bo wyglądają inaczej niż u nas, bo są zupełnie inne. W takim klimacie backpacker czuje się dobrze.
Niestety przychodzi ta chwila kiedy pieniądze się kończą, albo jesteśmy daleko od domu i ze względów logistyczno-finansowych nie możemy olać biletu powrotnego i po prostu kupić kolejnego, najlepiej z innego miejsca za tydzień albo dwa, w ogóle to lepiej za miesiąc tyle, że nie za 20 zł, a za 1200 zł.
Powrót do rzeczywistości jest zazwyczaj dołujący. Znane od lat ulice, knajpy, raczej nic się nie zmieniło, zwłaszcza w „moim” robotniczym mieście. Za nikim się stęsknić nie zdążyłem, ani nikt za mną, bo wszyscy przywykli, że więcej mnie nie ma niż jestem. Zresztą nawet jak siedziałem prawie cały rok w kraju to i tak w nieodległym Lublinie, gdzie zafrasowany nauką, baletami i piciem kontakt z domem ograniczyłem do jednego telefonu na niedzielnym kacu oglądając powtórkę must be jak oni śpiewają pod lodem i tańczą na błocie, czy jakoś tak.
Powrót sprowadza się do normalnego życia. Brak stałej pracy, bo 3 – 4 miesiące w ciągu roku to nie urlop, sprawia, że za każdym razem trzeba zaczynać od nowa. Jeżeli szukanie pracy się przedłuża, to ucieka się w kolejny wyjazd za ostatnie oszczędności, bo co ja tu będę robił, jak pracy nie ma. Uczelnia? Przecież, to już żaden prestiż. Jak mówię, że robię doktorat, to się na osiedlu pytają, czy mogę już recepty wypisywać. Pisał pracę? Czytam, notuję, tworzę jakieś teorie, modele, ale weny do pisania dysertacji nie mam.
W takim wypadku szukanie pracy ogranicza się do krótkoterminowych fuch na budowie. Popracować kilka tygodni max, zarobić swoje i w trasę. Jest jeszcze ciekawsza opcja. Wyjechać do pracy za granicę, byle do miasta! Bo wieś za granicą zazwyczaj oznacza odcięcie od życia i skoncentrowanie się na pracy i czynnościach fizjologicznych. To znaczy rozrywki też są, np.: wódka i wódka, a i jeszcze wino, piwo też jest. W mieście, to i jakieś zabytki, ulice, knajpy. Można poznać ludzi poza koleżkami z pracy i współlokatorami. To dużo, bo kontakty to możliwości. Lokalni znajomi na pewno pokażą kilka ciekawych miejsc w okolicy, zaproszą na imprezę na której pozna się zwyczaje kulinarne i alkoholowe obcokrajowców – wszędzie są inne. Odnotuje się kilka ciekawych spostrzeżeń odnoście nowej nacji. Same plusy.
Stało się, znalazłem pracę! Stałą. Siedzę przy biurku, wciskam klawisz w komputerze i rozmawiam przez telefon. Pierwszy raz w życiu odprowadziłem ZUS, GUS i inne, na co to w ogóle idzie? Po co mi emerytura, jak przy tym trybie życia to najdalej przy 50-tce połowa organów przestanie działać, a druga połowa będzie na wykończeniu..... no tak, bo ta pierwsza już ledwo zipie. I tak siedzę od 8:00 do 16:00, a każdy dzień wygląda tak samo. To się chyba nazywa stabilizacja, czy jakoś tak. Czyli to co dawne, myślące poważnie o życiu i o mnie partnerki bardzo by uważały. I jak sobie pomyśle, że tak wyglądać ma reszta mojego życia to dziękuję bardzo. Wiem, co jutro, wiem co za tydzień. Nie! Moment, wiem co za rok, za dwa, pięć i dziesięć. Wegetacja, zarabianie pieniędzy, 30 lat kredytu na dom, choć jak ostatnio policzyłem to i z tym będzie problem!, 15 letni samochód dla klasy średniej w gazie i statystyczna żona tyjąca coraz bardziej po ślubie – bo się już starać nie musi.
Kurwa! No co w tym dobrego? Jest się zakładnikiem własnych decyzji, kredytu, związku i innych zobowiązań. Nie można powiedzieć pierdole i po prostu wyjechać.
Właśnie zacząłem się pchać w takie życie. Każdy dzień taki sam, każdy tydzień taki sam, za chwile okaże się, że i każdy miesiąc i każdy rok. Nie....tyle to raczej nie wytrzymam. I tak już cztery miesiące. Póki co czekam, aż się cieplej zrobi, jakiś urlop, jakiś wyjazd byle dalej, byle coś innego, nowego, nieprzewidywalnego. Tylko patrzę jak stąd spierdolić. 
Belgrad









niedziela, 17 marca 2013

Pralnia we Brnie



Raczej większego zaskoczenia nie wywołam mówiąc, że na wielu balach byłem i w wielu lokalach piłem, czy to w kraju, czy za miedzą – tak w Arenie też – ale w takiej knajpie byłem pierwszy raz.

W czeskim Brnie – tak ładne miasto, zdecydowanie polecam – podobnie ja w innych miastach na tym tripie spaliśmy w ramach CouchSerfing. I tym razem host zabrał nas na miasto i skończyło się w knajpie, tym razem nie na zwykłym piciu.

Wchodzimy do środka, bar, taborety, trzy stoliki na krzyż. Wchodzimy dalej, po bokach korytarza stoją pralki, w powietrzu czuć proszek do prania i wilgoć. Idziemy dalej powietrze staje się gęste jak w klubie bilardowym, dym - nie tylko tytoniowy i głos jakiejś spikerki w tle. Ale mordownia!
Pralnia

Tam codziennie odbywa się konkurs wiedzy ogólnej, kilka serii pytań z kilku losowych kategorii. Od polityki, przez historię i geografię po życie codzienne. Niewielka sala zawalona stolikami, przy każdej jedna drużyna 6 – 12 osób. W sumie było 12 drużyn. Moja nazywała się: „Chce se mi zvracet' - translacja we własnym zakresie – nie, to nie ja wymyśliłem. Po 2 godzin picia i odpowiadania na pytania nasza drużyna, tzn, Ania, ja, Janek – nasz host, dwie Katki i Karl zajęliśmy czwarte miejsce. Szału nie ma, ale warto powiedzieć o co graliśmy. W tym permanentnym quizie stawką jest zapłacenie połowy rachunku za stolik, co sądząc po frekwencji i zaangażowaniu uczestników – a był wtorek – było dość mobilizujące. 


Taki pomysł na knajpę/pralnię, właściwie nie wiadomo co, a mimo wszystko bardzo pozytywne miejsce na wieczór w Brnie, które samo w sobie jest śliczne. Start codziennie o 18:00. Warto przyjść godzinę wcześniej by zająć stolik. Aha, jakby ktoś się wybierał bez czeskiego tłumacza, to w środy jest quiz in english version for foreigners, wówczas schodzą się głównie Erasmusi.

Polecam, tak jak samo Brno.








czwartek, 14 marca 2013

Słowackie Tatry – po prostu lepsze

Dlaczego? Pomijając powierzchnie słowackich Tatr, długość szlaków i ilość tras zjazdowych, lepszą infrastrukturę, atrakcyjne ceny itp., to narzekać można tylko na to, że jest trochę dalej, choć niekoniecznie. Poprad – czyli słowacki odpowiednik Zakopanego, dorobił się już lotniska, autostrady i kolejki wąskotorowej dowożącej turystów i miejscowych na szlaki i trasy zjazdowe w Tatrzańskiej Łomnicy, Starym Smokowcu, czy Štrbské Plesie. 
Elektryczka na stanicy Stary Smokovec
trasy i cennik


Do tego sam Poprad prezentuje się o niebo lepiej niż Zakopane. Rynek miejski, knajpy i sympatyczne uliczki. Jedynym minusem są pozostałe po socjalistycznym dobrobycie bloki z wielkiej płyty. Na szczęście są na obrzeżach miasta i raczej nikt przyjezdny poza turystą mojego pokroju idącego po wino i kabanosy do Lidla tam nie trafi. 
centrum Popradu


Choć jeśli pomyślę to autostrada okazała się sporym utrudnieniem w łapaniu stopa. Przy próbie wyjechania z Popradu zwinęła nas policja za stopowanie na autostradzie. Na szczęście obyło się na pouczeniu i zawiezieniu nas kilka kilometrów dalej na stację benzynową, gdzie po chwili wsiedliśmy do tira z drewnem jadącego do fabryki celulozy w Ruzomberoku. A stamtąd to już z górki.
Stąd zabrała nas policja
ale za to przy takich widokach, na pierwszym planie Slavkovsky stit


Wracając do słowackich Tatr. Ceny. Trudno jest mi porównywać z Zakopanem, bo w ferie zimowe w polskiej zimowej stolicy nie byłem. Ale w szczycie sezonu zimowego, przy największym oblężeniu znalezienie pokoju z łazienką, TV i internetem Wi-Fi w cenie 13-15 euro za osobę od ręki wydaje mi się mało realne. Prawdę mówiąc, to jechałem do Starego Smokowca (jeszcze wyżej) z przeświadczeniem, że będzie ciężko coś znaleźć w „średnich” cenach. Nawet na miejscu bardzo życzliwa Pani z informacji turystycznej powiedziała, że tanio w sezonie to nic nie znajdziemy. A za ile da się najtaniej? Po wykonaniu kilku telefonów do schronisk i pensjonatów, przedział cen otwierał się od 13 euro za dobę. Niezbyt tanio jak dla mnie, ale biorąc pod uwagę, że to był szczyt sezonu (dzieci miały ferie) i w dodatku weekend, to 15 euro za wspomniany wyżej pokój potraktowałem z umiarkowanym optymizmem.

widok z okna na stację elektryczki  (na pierwszym zdjęciu widać to okno)
Co do kosztów wyciągów narciarskich, cen za bardzo nie pamiętam, ale można po europejsku kupić sobie skipass na wszystkie stoki, a nie tak jak u nas, na każdy osobno. Przynajmniej właśnie taka opinia utarła się o polskich stokach. 


Ania na środku Popradskiego Stawu
Chata Popradske Pleso, w tle Popradska Wieża



Minusy samych gór?

W Tatrach u południowych sąsiadów nie można wychodzić zimą w góry powyżej schronisk. Szkoda. Chociaż jak się w polskich wiadomościach ogląda wycieczki szkole pogrzebane przez lawinę, to może i dobrze, w każdym razie zdecydowanie rozsądnie.




niedziela, 10 marca 2013

Natanek, schizandra i mace z Radomia

Pierwszym docelowym miastem na zimowym autostopie miały być Koszyce. Miasto, jak miasto, jak to na Słowacji, czyli nieduże, ale za to z ciekawą architekturą i ze świetnymi knajpami. Jako, że trip był niskobudżetowy – taka niespodzianka – to noclegi były przewidziane w ramach CouchSerfingu.
Po dotarciu do Koszyc kontaktujemy się z naszym hostem. Pierwsze wrażenie jest raczej pozytywne. Wymiana kilku standardowych zdań zapoznawczych i gość pyta: „Damian, Ania, znacie Natanka” ? WTF, czy jemu chodzi o to co myślę? I słyszę po polsku: „Papierosy palisz? Nie; Alkohol pijesz? Nie; Narkotyki używasz? Nie; A może Harry Potter? Tak!” i już nie musiał nic dodawać, wiedziałem, „że coś się dzieje”.
Z dalszej znajomości wynikało, że Ondrej buduje głośniki – naprawdę zajebiste, wiem bo testowałem w środku nocy na starówce – i interesuje się fanatyzmem religijnym. Przy pierwszym piwie w Tabaczce (taka artystyczna knajpa – w dobrym słowa znaczeniu, nie jak Plan B) Ondrej puścił z laptopa swój miks własnej muzyki z kazaniami Natanka – w pewnym stanie świadomości, mocno psychodeliczna rzecz. Jako, że z czasem byliśmy nieco zmęczeni po całym dniu drogi z Radomia, to nasz gospodarz stosujący ziołolecznictwo zaczął częstować różnymi specyfikami. Zaczęło się od guarany i schizandry dla pobudzenia, a skończyło się na …...... no właśnie. Luki są nie tylko w tekście.
Katka - koleżanka z Koszyc

Imienia tego kolegi nie pamiętam, ale jego zainteresowania graficzne zdają się określać jego osobowość.

 W każdym razie wieczór w knajpie był bardzo rozwojowy, szczególnie kiedy poszliśmy na zaplecze lokalu. Własny alkohol, ziołolecznictwo, w sumie byłem chory, gorączka, katar, to czemu się nie wzmocnić? Tym bardziej, że łykany w hurtowych ilościach gripex zdawał się nie pomagać. Towarzystwa przybywało i to coraz weselszego. Jeden z uczestników o bardzo specyficznym wyrazie twarzy i rozmiarze źrenic wyraźnie był w trakcie gastrofazy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jego zagryzka..... mace z Radomia. Tak, też się zdziwiłem.
Na pierwszym planie Ondrej i mace z Radomia
Wreszcie nadszedł ten moment, że trzeba było iść spać. Jako, że nie byliśmy specjalnie w stanie, a chęci to już całkiem brakowało do naszego planowego noclegu oddalonego o 30 minut marszu od baru, to Ondrej zaproponował: Ja mam klucze od mieszkania mojego kolegi, to za rogiem, tam możemy spać. Weszliśmy przez bramę z napisami muzeum, galeria, centrum kultury i coś jeszcze.
Po przebudzeniu się stwierdziłem, że to miejsce w którym spaliśmy, mi się nie śniło, a faktycznie takie jest. Do prawdy, nieczęste uczucie. Zdjęcie najlepiej odda sytuację.

Co chces robit?
Po porannej kawie poszliśmy na śniadanie i zwiedzanie miasta, ale że zabytki to dość banalna kwestia, to ograniczę się do stwierdzenia, że to ładne miasto i warto je zobaczyć. Po południu trafiliśmy do kolejnego hosta. Ignacio – gość z Chile, pracował dla jakiejś międzynarodowej korporacji. Do tego jego współlokatorzy: Hiszpan i Polak, a także częsty gość Niemiec. Szczęśliwie całe towarzystwo dało się ogarnąć angielskim. Spodziewałem się, że będzie to miły host po uzgodnieniach co do mojego noclegu. „Przenocuje was pod dwoma warunkami:
  1. przywieziecie dwie butelki Soplicy orzech laskowy
  2. pozwolicie, że wam za nią oddam
W alkoholu mam raczej skil professional, ale tego jeszcze nie smakowałem i muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Po opróżnieniu butelek i sjeście udaliśmy się na miasto, a konkretnie do knajpy Bernard. Świetny wystrój, fajna knajpa, choć atmosfera zupełnie inna niż w Tabaczce.
od lewej: Ondrej, ja, Ania - towarzyska podróży, Krzysztof, Markus, Ignacio za aparatem

Kiedy libacja z nowymi znajomymi zbliżała ku końcowi zadzwonił Ondrej: „Damian chodź na miasto wypróbujemy głośniki” I tak po kilku kolejkach wszyscy wyszliśmy na starówkę i bawiliśmy się przy utworach :wiedz, że coś się dzieje” i „gdzie jest krzyż” - który to utwór poleciłem Ondrejowi poprzedniego dnia. Wróciliśmy jeszcze na chwilę do knajpy i o 4 nad ranem dotarliśmy do domu; zadzwonił Ondrej: Damian, Ania chodźcie do mnie, przetłumaczymy Natanka na angielski i wrzucimy na youtube”. Zdecydowanie „coś się działo” w jego głowie. Na szczęście pozytywnego, dlatego też aktualnie jestem w trakcie tłumaczenia kolejnego kazania fanatycznego księdza.

Sylwester w Gołkowicach 2012/2013


Już w październiku zakupiłem super tanie bilety do Gdańska i żyłem z zamieram odwiedzenia Trójmiasta, tym razem inaczej niż przejazdem. Jak to w życiu była shit is happens i plany uległy zmianie. Kolega Maciek zaproponował sylwestra dla autostopowiczów. O ile z autostopem i z ludźmi w trasie mam wiele wspólnego, to ze zorganizowanymi imprezami dla takiego towarzystwa zupełnie nic. Zresztą organizacja i autostop to niejako antonimy, bo w tym stylu podróżowania, a dla wielu i życia, gro wypadków jest dziełem przypadku. Tym bardziej, że chęć udziału w imprezie zadeklarowało 240 osób, a odwiedzając niektóre domki miałem wrażenie, że było znacznie więcej.
Z racji, że pojechałem ze wspomnianym wcześniej kolegą a.k.a. Koczownik or Koczo, to na brak alkoholu i tematów do rozmów nie mogłem w ogóle narzekać. Na dodatek kilka kilometrów przed metą spotkaliśmy ludzi z którymi mieliśmy imprezować przez trzy kolejne dni. Bardzo pozytywni ludzie, rozmawialiśmy i piliśmy jakbyśmy się niepierwszy raz widzieli. Po dotarciu do ośrodka wypoczynkowego, gdzie maiła się odbyć planowana impreza okazało się, że jest jeszcze lepiej. W góralskim domku przeznaczonym na 9 osób kwaterowało w sumie 12, a atmosfera była niesamowicie chill'outowa. Alkohol lał się strumieniami. Do wieczora pękł 5 litrowy baniak z nalewką, który przywieźliśmy z sobą, a noc jeszcze młoda. Współlokatorzy okazali się równie hojni i obdarowywali swoim alkoholem, na szczególną uwagę zasługują nalewki wiśniowe i malinowe absolwentek geofizyki - Ewy i Agnieszki. Tak geofizyka, to od ropy i gazu- tego łupkowego też. Nalewki wchodziły jak woda, a nawet lepiej, bo wody się tyle wypić nie da! Noc sylwestrowa, pomijając fajerwerki i życzenia niczym nie różniła się od pozostałych dni lub nocy. Dzień któtki więc czasami ciężko określić. Szaleństwo: permanentna libacja, tańce i rozmowy w nowo poznanym towarzystwie. Dla mnie było to wielkie zaskoczenie, bo rzadko zdarza się, żeby tak się skumplować z ludźmi w kilka godzin.
Żeby nie było, że to było samo chlanie! Były też prelekcje podróżnicze, wśród których najbardziej zapadła mi prezentacja Martynki „Sen na Jawie” na której to, za aktywny udział zdobyłem moc atrakcyjnych nagród, takich jak: książkę o papieżu, DVD o Iranie – oczywiście po irańsku, publikację o lokacji Gołkowic oraz pocztówki upamiętniające wizytę papieża w Bełchatowie, w tym jedną ze specjalną dedykacją autorki prelekcji dla mnie. Oł je! I jak tu się nie cieszyć!
Wszystko ładnie, pięknie poza powrotem. Do domu dotarłem o 5:20, 2 stycznia i musiałem zmierzyć się z rzeczywistością, która wymagała bym za 2,5 godziny był w pracy. Dramat, męka, walczyłem ze snem, zmęczeniem i delirium.
Warto było, pozostały wspomnienia – choć wiele sytuacji znam tylko dzięki zdjęciom i opowieściom. Najważniejsze są jak zwykle kontakty, dzięki którym spotka się kogoś życzliwego w trasie, albo uda się z nim w taką trasę ruszyć.

sobota, 13 października 2012

Zaduszki w cerkiewnym klimacie

Na samym krańcu Polski, tuż przy granicy z Ukrainą, wśród pól i nielicznych domostw wiedzie szlak dawnych cerkwi grekokatolickich. Tam czas płynie wolniej.

Wycieczkę w tamte rejony zaproponowali koledzy. Na dzień przed wyjazdem zadzwonili i powiedzieli „Jedziemy do Wyżłowa!” - Tak, a gdzie to jest? - Na końcu Polski - To jadę”. Niestety, koledzy wiedzieli tylko gdzie chcą jechać i co zobaczyć. Celem miała być blisko 100 letnia cerkiew, w dodatku nie dawno zrabowana i zniszczona o czym dowiedzieli się z TV. Krótkie poszukiwania informacji na temat ich celu i okolic okazały się dość zaskakujące. Wydawało się, że będzie co zobaczyć. Na zwiedzanie pozostałych cerkwi dali się namówić, równie łatwo jak ja na sam wyjazd. W kwestii terminu, to żeby wszystkim pasowało musieliśmy wyjechać za kilka godzin. I tak 2 listopada około 4 nad ranem w stolicy rozpoczęliśmy roadtrip.
Podróż mijała szybko mimo wiekowego samochodu którym się poruszaliśmy. Pierwszy postój zrobiliśmy sobie na śniadanie i tankowanie w Krasnymstawie. Dalej na Hrubieszów, do cerkwi z największą ilością kopuł w Polsce. Po drodze zatrzymaliśmy się w Bończy. Mała wieś której nie mieliśmy w planach. Naszą uwagę przykuła odnowiona cerkiew z połowy XIX wieku. Piękna budowla, wokół cisza i spokój, w przeciwieństwie do atmosfery panującej po drugiej stronie ulicy pod kościołem. Następnie dojechaliśmy do wspomnianego Hrubieszowa. Cerkiew robi pozytywne wrażenie. Cieszymy się, że jest w remoncie i wróci do lat świetności, ale nie ma już tego klimatu, co cerkiew w Bończy. Brak ciszy i przestrzeni, tu oprócz drzew świątyni sąsiadują bloki z wielkiej płyty. 

Bończa
Kontynuujemy podróż na Dołhobyczów. Po drodze przypadkowo zatrzymujemy się w Czerniczynie pod kościołem z 1870 roku. Najpierw była to cerkiew unicka, następnie prawosławna, zaś obecnie służy za kościół katolicki. Z tamtego miejsca szczególnie w naszej pamięci zapadł plakat na tablicy ogłoszeń parafialnych. „Czy Twoje sumienie jest dla Ciebie ważne? Nie przemycaj to przestępstwo i grzech”. Po kilku wizytach na Ukrainie i obserwacji życia codziennego przygranicznych mieszkańców nawet mnie to nie dziwi, jedynie przywraca wspomnienia pieszego przekraczania granicy w tłumie mrówek. 

Czerniczyn
  Dojeżdżając do Dołhobyczowa mijamy patrole straży granicznej. Odpowiedź na pytanie o drogę do cerkwi słyszymy od pięknie zaciągającego starszego pana spod sklepu. Usytuowana na wzgórzu w pewnej odległości od domów i sklepów w miasteczku, 100 letnia cerkiew daje bardzo majestatyczne wrażenie. Co więcej jest świeżo po zakończonym w 2010 remoncie za blisko 2 mln euro, jej kopuły bardzo efektownie odbijają promienie słoneczne. 

Dołhobyczów
Kolejna na naszej trasie jest dawna cerkiew w Dłużniowie. Usytuowana na wzniesieniu pośród starych drzew. Otoczona rozsypującym się murkiem w towarzystwie wolno-stojącej dzwonnicy. Wybudowana w 1882 roku jako cerkiew grekokatolicka, jedna z największych i najwyższych drewnianych cerkwi w Polsce. To pieniądze na odbudowę dotarły nieco później, ale tabliczka informująca o trwających robotach budowlanych daje nadzieję na rychłe zobaczenie obiektu w pełnej okazałości. 

Dłużniów
wspomniana dzwonnica
Za cerkwią w Dłużniowie kończy się droga asfaltowa. Miejscowi wskazują na kilkukilometrową drogę polną jako najbliższą do Mycowa – gdzie znajduje się przedostatnia cerkiew na naszej drodze. Mijamy ludzi z wieńcami i zniczami - w końcu Zaduszki. Nieco zmartwieni drogą mocno rozjeżdżoną przez traktory, pytamy czy się da dojechać. „Panie w zeszłym roku to nie przejechaliśmy”. My nie damy rady? Kontynuowaliśmy w żółwim tempie, tak że zza drzew dostrzegłem jakąś kopułę.
Przeliśmy przez pole, przeskoczyliśmy strumień i przedarliśmy się przez kilkadziesiąt metrów lasu. Naszym oczom ukazała się secesyjna kaplica grobowa Hulimków w Mycowie. Położona jest malowniczo w lesie, w towarzystwie małego cmentarza z inskrypcjami nagrobnymi wykonanymi po części cyrylicą, po części rodzimym alfabetem. Po drodze wychodząc z tego cmentarza, tym razem wydeptaną ścieżką, spotkaliśmy ludzi których pytaliśmy o przejezdność drogi. Przypadkowe znalezienie kaplicy to zdecydowanie najlepsza niespodzianka podczas całej wycieczki. 

Za zakrętem na wzniesieniu dotarliśmy do cerkwi w Mycowie. Również z drewna, wybudowana w 1859 roku dla obrządku grekokatolickiego. Wrażenie niemal jak z westernu sprawiają zniszczone czasem groby na parafialnym cmentarzu, a raczej tym co z niego pozostało.
Wreszcie docieramy do Wyżłowa. Ze wzniesienia na której położona jest cerkiew i cmentarz parafialny widać lśniący dach oddalonej około 2 km cerkwi w Mycowie. Jak już wcześniej wspomniałem niestety cerkiew została okradziona, przez co ją zamknięto. Podczas naszej wizyty nawet jedne z drzwi były jeszcze wyłamane co pozwoliło nam zajrzeć do zrujnowanego wnętrza.
Nie więcej niż 200-300 metrów za cerkwią przebiega granica polsko-ukraińska wyznaczona zaoranym pasem ziemi i słupami granicznymi przy którym robimy pamiątkowe zdjęcie. 
Wyżłów

Po drodze oglądamy jeszcze dawną cerkiew w Chłopiatowie, w prawdzie ładna, drewniana, ale to nie to, bo w sąsiedztwie domów i sklepu, bez wzgórza i starych drzew.
Wyjazd kończymy w jednym z gospodarstw agroturystycznych położonym kilkadziesiąt kilometrów na północ nad zakolami Bugu. Popijając zimne piwko przy ognisku wspominamy miniony dzień. Ten klimat cerkwi, pewną duchowość, czy też rodzaj magii, szczególnie pod tymi starszymi, drewnianymi z równie wiekowymi cmentarzami, gdzie się czas zatrzymał, albo biegnie jakoś wolniej. I ta niezmącona cisza dochodząca z wyludnionych wsi, z których wszyscy młodzi już dawno za pracą wyjechali, a starsi ...też odchodzą. I wszystko wskazuje na to, że za 20 lat będzie tam jeszcze ciszej.

piątek, 12 października 2012

ANDALUZJA

Relacja z V 2011, przez co jest anachroniczna i nie całkiem pasuje do pozostałych wpisów. Za to zamieszczona z myślą o koleżance Izie, która aktualnie mieszka w Kadyksie. Enjoy.

Dlaczego Andaluzja? Bo kolega był na Erasmusie w Sevilli, więc było gdzie za darmo zamieszkać, a bilety w promocji – tańsze niż expres z Warszawy do Gdańska – oczywiście w opcji z bagażem podręcznym.

Pierwsze dwa dni postanowiłem przeznaczyć na zwiedzanie Sevilli dlatego jak najszybciej z rozgrzanej płyty lotniska w Maladze przesiadłem się do klimatyzowanego autokaru do stolicy Andaluzji. We wnętrzu autokaru było widać „zachód” - skórzane fotele, prywatne słuchawki do radia, monitory LCD i prowiant na drogę. W nieoczekiwanie komfortowych warunkach dotarłem do celu w porze obiadowej. Pierwsze co uderza, poza upałem – Sevilla nosi miano najcieplejszego miasta Hiszpanii - to rosnące na ulicach wysokie palmy i drzewa pomarańczowe. Dla kogoś z Polski, kto pierwszy raz był w klimacie podzwrotnikowym roślinność jest zachwycająca, bo całkiem inna niż u nas. Swoje pierwsze kroki kieruję gdzieś na starówkę w poszukiwaniu ciekawych budowli i ulic – a są one wszędzie. Drogi szukam na podstawie planów znajdujących się na przystankach autobusowych, by po jakiejś godzinie odnaleźć informację turystyczną i zdobyć gratisowy plan miasta z zaznaczonymi zabytkami i mini przewodnikiem. Od teraz zwiedzanie ma zdecydowanie bardziej zorganizowany charakter. Systematycznie oglądałem i fotografowałem miasto. Wielkie wrażenie wywierały nie tylko wspominania wcześniej roślinność, ale przede wszystkim elementy muzułmańskie w lokalnej architekturze, to tzw. styl mudéjar, czyli połączenie elementów chrześcijańskich z muzułmańskimi. Widoczny przepych wynika z królewskiego monopolu na handel z koloniami jaki Sevilla miała od 1503 do 1717, kiedy to musiała podzielić się z Kadyksem. To właśnie na czas odkryć geograficznych przypada czas największej prosperity miasta. Napływ kruszcu zza oceanu wyjaśnia istnienie ogromnej katedry, archiwum Indii i ciężkiej do zliczenia liczby pałaców i kościołów.
Pięć godzin krążenia po mieście w około 25-30°C w cieniu było dość wyczerpujące, na szczęście mogłem się wspomagać mineralną z autokarowego prowiantu i turystyczną z Polski. Wieczorem spotkałem się pod katedrą z kolegą u którego miałem mieszkać. Udaliśmy się na stancję, po drodze zakupując hiszpańskie specjały. Na miejscu okazało się, że Maciek mieszka z trzema ślicznymi Hiszpankami. Pierwsze wrażenie dodatkowe wzmocnione buziakiem zapoznawczym – taki tam zwyczaj – niestety przepadło zaraz po tym jak żadna nie zrozumiała „nice to meet you”. U nas niemal każdy młody zrozumie podstawy po angielsku, tam zazwyczaj mówi się albo dobrze, albo wcale. Kolega tłumaczy, że hiszpański w Andaluzji też ciężko zrozumieć, bo mają taką gwarę, coś jak u nas polski na Śląsku. Twierdzą, że inne języki im nie potrzebne, bo na wczasy to można jechać gdzieś do Ameryki Południowej, albo do Meksyku.
Sevilla
bardzo kwaśne
katedra
Po konsumpcji chorizo, czyli tamtejszej kiełbasy wieprzowej zapitej lokalnym winem, kolega postanowił pokazać mi miasto, czyli jak na studenta przystało oprowadził mnie po knajpach znajdujących się w pobliżu zabytków. Jedną z nich była knajpa naprzeciw Dawnej Fabryki Cygar – równie pięknego i ogromnego budynku pełniącego dziś funkcje rektoratu Uczelni. Zimne piwo i lokalne przekąski smakują niezwykle przy stolikach zorganizowanych pod palmami w otoczeniu zabytków. Takie nocne zwiedzanie Sewilli będzie charakterystyczne dla tego wyjazdu. Kelner w jednej z knajp zagadał do mnie po hiszpańsku. Pytam się Maćka, co nie widać, że przyjezdny jestem? - „Widać, ale ubrany jesteś jak miejscowy”. Chodziło o to, że maj jest jeszcze zimnym miesiącem, zatem Hiszpanie noszą długie spodnie i zakryte buty, zaś turystę rozpozna się nie tylko po aparacie fotograficznym na szyi i mapie w ręce, a po krótkich spodenkach i sandałach na nogach. Wracamy kiedy zamykają ostatni bar, uliczne termometry wyświetlają 25°C, a przecież jest już 1 albo 2 po północy i początek maja.
W drugi dzień w Sevilli postanawiam zajrzeć do muzeów, katedry, kilkunastu kościołów, na liczne place i skwery. Dzień zaczynam od spaceru po Prado de San Sebastian, następnie jest Plaza de España. Miejsce zachwycające swoją majestatycznością, jak i szczegółowością. Na mozaikach przedstawione są prowincje hiszpańskie, ich mapa, herb i charakterystyczny moment z ich historii.
Plaza de España
bohaterowie Cervantesa na jednej z mozaik
Następnie przez park Marii Luizy docieram do Muzeum Sztuki i Muzeum Archeologicznego. Z powrotem kieruję się do centrum, po drodze liczne kościoły i pałace, których nie sposób wymienić, no chyba, że przepisałbym zawartość planu miasta. Zdjęć nie ma końca. Docieram do Alcazar, spadku po muzułmanach, przebudowanego przez chrześcijańskich królów, przepiękne miejsce, którego nie trzeba reklamować, ani opisywać, wszak jest to chyba najlepszy przykład stylu mudéjar. Zdjęcia znacznie lepiej oddają atmosferę miejsca. Niestety, żeby się tam dostać, trzeba swoje odstać, ale dzięki temu mogłem poczynić pewne obserwacje. W godzinnej kolejce niemal wszyscy mieli krótkie spodnie i sandały, a poza kolejką tylko ci z aparatami fotograficznymi na szyi i mapą w rękach. Po dwóch godzinach spaceru po królewskim pałacu i jego ogrodach wychodzę by udać się do Katedry Najświętszej Marii Panny– największego kościoła gotyckiego na świecie. Wewnątrz znajduje się między innymi grób Kolumba i ołtarz pokryty 3 tonami amerykańskiego złota! Robi wrażenie, ale w cenie biletu do katedry jest jeszcze wejście na Giraldę, czyli przykatedralną dzwonnicę, dawniej będącą minaretem. Wysoka na 93 metry jest najlepszym punktem widokowym w mieście. Piękny widok na starówkę, kościelne dzwonnice i mosty na Gwadalkiwir.
Popołudnie postanowiłem spędzić w dawnej żydowskiej dzielnicy La Macarena. W porównaniu do centrum, wszystko jest mniejsze, ale i liczniejsze. Od ulic i kościołów począwszy, na sklepach i cenach w nich skończywszy. W tej dzielnicy jest kila perełek, jak na przykład Bazylika La Macarena, liczne klasztory i mury miejskie. Wszystko to w dość ciasnych uliczkach, czasami istnienie jakiegoś kościoła, czy klasztoru zauważałem mijając jego drzwi. Przestrzeń rozpościera się wychodząc poza dawne mury miasta. Przede mną ukazuje się reprezentacyjny parlament Andaluzyjski, instytucja stojąca na straży autonomii udekorowana flagami: Andaluzji, Hiszpanii i Unii Europejskiej. Z tego co zauważyłem to flaga Andaluzji jest na każdym urzędzie zaraz obok państwowej. Lubią podkreślać swoją autonomię.
Powracając do mieszkania zahaczyłem o pozostałe zabytki będące na turystycznym planie miasta. Wieczorem udałem się na spacer wzdłuż Gwadalkiwir. Popijając piwo mijałem liczne grupy, przeważnie młodzieży umilające czas rozmową, czasem grą na gitarze i piwem. Miejscowi zapewnili nas, że pić nie można, ale dopóki się jest spokojnym policja nie interweniuje. Będąc przy kwestii alkoholu, to Hiszpanie nie dopijają dużego piwa do końca. Zastanawiam się czy wynika to z tego, że piją dość wolno i piwo się nagrzewa i rozgazowuje, czy z jakiegoś zwyczaju. Nie mniej jednak mijając Złotą Wierzę, czyli dawny skład złota z kolonii, przeszliśmy przez jeden z mostów na Trianę – dzielnicę w której narodziło się flamenco. Szok jeszcze większy niż dla turysty porównującego warszawską starówkę z warszawską Pragą. Niezwykle ciasna zabudowa, wąskie uliczki ze świetnymi małymi knajpami znacznie tańszymi niż tej po „lepszej” stronie Gwadalkiwir, w witrynach liczne prace miejscowych artystów. Zatrzymujemy się w Bar Santa Ana zlokalizowanego pod murami kościoła od którego owy przybytek wziął nazwę. Mimo później godziny niemal wszystkie stoliki były zajęte, wniosek: dobrze karmią. Faktycznie jedzenie smaczne i tanie i jak to w Hiszpanii, do zamówionego jedzenia dostajemy czipsy (tu także chleb) za które sobie doliczą. Taki zestaw obowiązkowy, coś jak w-zetka i kawa w filmie Barei. Idziemy dalej, na nadrzecznej ulicy Belis mijamy dużą ilość klubów z których dochodziła muzyka grana w MTV i co jakiś czas wyłaniały się skąpo odziane kelnerki. Te swoją aparycją i tekstem typu: „hey boys you wanna join us, uno mojito - uno euro”, bardzo zachęcały do wstąpienia. Oprócz gościa sprzedającego bilety na autobus turystyczny po mieście był to jedyny przypadek kiedy ktoś zagadał do mnie po angielsku. Nie mniej jednak była 2 nad ranem, byłem pewien, że te drinki nie są po euro, a na pewno w euro, ponadto za kilka godzin musiałem wstać. Kadyks czekał.
Kilka godzin snu i około dwugodzinna podróż autokarem do Kadyksu w połowie poświęcona na spanie. Wszystko, żeby zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Już przy wjeździe do miasta wyjaśnia się dlaczego miasta nie zdobyły wojska napoleońskie w Hiszpańskiej Wojnie o Niepodległość. Położenie na obwarowanym półwyspie obstawionym od oceanu angielską flotą umożliwiło zebranie Kortezów i przygotowanie pierwszej hiszpańskiej konstytucji. Dojeżdżam na miejsce, najpierw szukam drogi do informacji turystycznej, żeby zdobyć mapę, bo niezbędne informacje przywiozłem wydrukowane z Polski. Niestety pytani Hiszpanie, mówią tylko po hiszpańsku, co wydłuża moją drogę. Ni to po angielsku, francusku, czy włosku. Dramat, na szczęście spotykam turystów z Francji, to jest sukces, bo poznałem drogę do informacji turystycznej. Dalej wszystko zgodnie z planem. Zwiedzam według wybranej przez siebie kolejności wszystkie punkty zaznaczone na mapie w kolejności najbardziej efektywnej moim zdaniem. Warto wspomnieć, że na otrzymanym planie było cztery tematycznie przygotowane trasy, których odwzorowanie znajdowało się na miejskim bruku. Idąc wzdłuż linii określonego koloru bez zaglądania w plan można zwiedzić miasto, bardzo ciekawe rozwiązanie jak dotąd nigdzie indziej przeze mnie nie spotkane. Najpierw udałem się na nadbrzeżne fortyfikacje w skład których wchodzi Castello de Santa Catalina oraz wysunięty kilkaset metrów w ocean Castello de San Sebastian do którego wiedzie Passeo Fernando Quinones – wąska droga palona słońcem, miotana wiatrem i falami rozbijającymi się o skały. Dla mnie to najbardziej pamiętne miejsce w Kadyksie. Kręcąc się pomiędzy głównymi atrakcjami miasta, takimi jak Katedra z katakumbami i muzeum opływającym w złote precjoza epoki kolonialnej – tak, tu też widać tamten okres prosperity – znajduje czas na leżakowanie na obu miejskich plażach. Spacerując po ciasnych uliczkach, odwiedzam liczne sklepy z pamiątkami i artykułami gospodarstwa domowego. Sklepy te przypominają swojskie „wszystko po 4 zł”, zazwyczaj prowadzone przez Azjatów oferują bardzo korzystne ceny. W jednym z nich nabywam sztandarowe pamiątki, czyli hiszpańskie wachlarze z Chin. Jak brzmi popularne hasło sklepów z pamiątkami? Nie ważne gdzie jesteś, wszystko co tam kupisz i tak wyprodukowano w Chinach.
Kadyks
Castello de San Sebastian
Podczas spaceru po ciasnych uliczkach Kadyksu od razu nasuwa się porównanie do Sevilli. Jak bardzo różnią się te miasta, brak monumentalnych budowli, skwery zamiast rozległych parków, ciasne uliczki zamiast alei i bulwarów. No cóż taki wymóg osadnictwa na półwyspie, rozrastać się można już tylko w wzwyż. W pamięci utkwiła mi jeszcze jedna sytuacja. Kiedy robiłem zdjęcie ratusza podszedł do mnie Hiszpan i wskazując na flagi powiewające na ratuszu powiedział: „ta jest dla Hiszpanii, ta dla Andaluzji, a ta dla Kadyksu. Jestem z Kadyksu z Andaluzji a w końcu z Hiszpanii”. Jeszcze tylko droga powrotna do Sewilli i ostatnia noc „zwiedzania” miasta. Nazajutrz dzień i noc w Maladze.
ratusz w Kadyksie
Pociąg pospieszny z Sevilli do Malagi zachwyca szybkością, czystością i internetem wi-fi na pokładzie. W budynku dworca spore centrum handlowe i punkt informacji z gratisowymi planami. W mieście Picassa i Banderasa warte zobaczenia oprócz katedry, kilku kościołów i Muzeum Sztuk Pięknych, czy areny corridy jest przede wszystkim góra Gibralfaro i Alcazaba, czyli zamek.. Najpierw nad tym nadmorskim wzgórzu amfiteatr i fortece wznieśli Rzymianie, następnie na jego ruinach Maurowie wybudowali swój Alcazaba w XI w. dla ochrony portu. Zaś dla ochrony Alkazaby od strony gór w XIV w. wznieśli fortyfikacje nieco wyżej zwane dziś Zamkiem Gibralfaro. 
widok z Gibralfaro
Dziś oprócz murów zamków, i rzymskiego amfiteatru zwiedzać można muzeum archeologiczne zlokalizowane w komnatach zamku na Gibralfaro. Wśród eksponatów znajduje się makieta przestawiająca Malagę w 1791 roku. Ufortyfikowane wzgórze jest genialnym punktem widokowym. Przy 300 dniach słonecznych w roku w Maladze prawdopodobieństwo zobaczenia przepięknej panoramy miasta jest co najmniej duże. Robiąc zdjęcia łatwo dostrzegam wyróżniającą się wieże katedry. Przyzwyczaiłem się do widoku dwóch wież gotyckich katedr. Tak by było i tym razem gdyby dokończono budowę drugiej wieży. Fakt ten stał się powodem na określenie katedry mianem „la manquita" to jest małej, jednorękiej damy. Widać tu zabrakło amerykańskiego kruszcu.
Wieczór postanawiam spędzić na znanej miejskiej plaży Malagueta. Cień palm, szum morza i zimne piwo pozwalają odpocząć po pokonaniu licznych schodów na wzgórzu w jak dla mnie palącym majowym słońcu. Na koniec spacer wzdłuż plaży utwierdził mnie w zasłyszanej opinii, że hiszpańskie plaże oblegane są przez niemieckich turystów.