sobota, 29 września 2012

Praca w sadzie i w sortowni

Praca jak praca, ani do płytek, ani do truskawek nie trafiłem. Przez miesiąc zrywałem gruszki, jabłka, albo pracowałem w kilku lokalnych sortowniach owoców.
Praca w sadzie nie jest zła pod warunkiem, że nie pada. Inaczej człowiek wraca z roboty cały mokry, upierdolony błotem i oklejony jakimiś chemikaliami do pryskania roślin. Tu pominę szczegółowe kwestie właściwego zrywania owoców, tj. z ogonkami i wkładania ich, a nie wrzucania się skrzynek.
Większy ambaras jest z sortowaniem ich wedle określonych kategorii – zdziwilibyście się. Jak wygląda gruszka drugiej kategorii? Tak samo jak pierwszej, tylko że z plamką. Z kolejnymi kategoriami wiąże się jeszcze większy zamęt i głupota, więc sobie daruję. Za to kilka zdań poświecę pracy w sortowni na przykładzie swojego kolegi. Hubert otrzymywał ciągłe uwagi od kierownika, że z tego co on sortuje wychodzi za mało drugiej i trzeciej klasy. Bo są statystyki i teoretycznie z dostarczonych 100 ton owoców ma wyjść tyle i tyle każdej klasy. W zasadzie to się zrywa tylko pierwszą klasę, te gruszki są pryskane – jak podawał jeden z moich pracodawców – 23 specyfikami, żeby wszystkie wyglądały identycznie, miały odpowiedni kształt, rozmiar i kolor. W każdym razie sumienny kolega wziął sobie do serca uwagi kierownika i więcej gruszek odkładał do drugiej i trzeciej kategorii. Jednak jako że to co tam odkładał także było kontrolowane, to sumiennie i permanentnie dorabiał drugą i trzecią klasę urywając ogonek lub wbijając paznokieć w owoc. Tak, i wszyscy byli zadowoleni, kolega nawet dostał nadgodziny – wówczas tylko dla dobrych pracowników.
Moim ulubionym miejscem w sortowni było stanowisko na początku taśmy. Teoretycznie i praktycznie przelatywało koło mnie najwięcej owoców, ale ja wybierać miałem tylko te zgniłe, co zazwyczaj oznaczało jeden ruch ręką na pięć minut, którym wrzucałem zgniłki do niewielkiego kontenera przede mną skąd trafiały na hale obok, na dział dżemów – smacznego.
Wbrew pozorom to była niebezpieczna praca. Kilka razy zasnąłem i byłem bliski pojechania mordą po taśmie, ale zawsze jakoś się rękami zdążyłem zaprzeć . Mimo, iż moja kariera na tym stanowisku rozwijała się bardzo dynamicznie, to kierownictwo doceniając moją ambicję i zaangażowanie przeniosło mnie na tzw. paletowanie, czyli układanie skrzynek na palecie i wiązaniem tego, żeby się w transporcie nie rozpadło. Fucha może i lepsza, ale się spać nie dało. I tak co dzień, owoce już mieniły się przed oczami bez patrzenia na nie, w radio grała non stop ta sama beznadziejna muzyka, a wielki zegar sygnalizował jedną z trzech przerw albo fajrant.

piątek, 28 września 2012

Wyjazd do Holandii w 2007 roku

Był sierpień 2007 roku. Właśnie wróciłem z Irlandii, a że do początku roku akademickiego pozostało blisko 2 miesiące to warto było jeszcze dorobić na kolejne tripy, książki i browaring w czasie roku akademickiego. Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że koledzy z roku nadal pracują w Holandii i zamierzają jeszcze zostać przez kilka tygodni. Szybki telefon i jest! Przyjeżdżaj praca od zaraz, będziesz kładł płytki tu gdzie mieszkamy, a potem rwał truskawki! 6 euro za kwaterę na dzień; 8,60 na godzinę w pracy, matematykę zostawiam tobie - (szybki rachunek) Biore :) W ten sposób 2 dni później byłem u celu.
Była 5 może 6 rano w każdym razie dopiero świtało, jakieś gospodarstwo i po horyzont zupełnie nic. Brama zamknięta, nawet psy nie szczekały to przeskoczyłem. Pukam do drzwi domu, otwiera jakaś kobieta - Polka, mówię co i jak. Choć zaprowadzę Cię do chłopaków. Przeszedłem z nią za dom. Po prawej i lewej jakieś ogromne hale-obory pełne byków. Byk byka wali, wyją, ryczą no Animal Planet w wersji live! Już się bałem, że zdechnę, bo ogólnie to uczulony jestem na sierść większości zwierząt, ale czas pokazał, że nie na byka. Idziemy dalej, tam identyczna hala pod którą stało kilkanaście przyczep kempingowych. I tu był szok! - większy niż stado bydła. Wróciłem jeszcze do busa, upewniłem się kierowcy czy dziś wraca do Polski i czy ma wolne miejsca.
W każdym razie obudziłem kolegów, zamieniłem kilka zdań, bo za chwile szli do pracy i rozgościłem się w caravanie. Jakieś 8 m2 minus szafki, łóżka, kuchenka, zlew, i niepodpięty prysznic, czyli powierzchnia do życia dla czterech chłopa. Miejsca mało, każdy przywiózł z domu sporo ubrań roboczych i jeszcze więcej żarcia, żeby zarobić jak najwięcej i wydać jak najmniej.
Jeszcze bardziej się zdziwiłem kiedy poznając sąsiadów okazało się, że wszyscy obecni, WSZYSCY do tego przybytku przyjechali z... Radomia.
Praca jak praca, ani do płytek, ani do truskawek nie trafiłem. Przez miesiąc zrywałem gruszki, jabłka, albo pracowałem w kilku lokalnych sortowniach owoców, ale o tym w innym poście.
Praca kończyła się o 16-18 i przychodziła proza życia na farmie z dala od najbliższego miasteczka (10km) nie było wiele do roboty. W zasadzie były 3 rozrywki: telewizja satelitarna na której pewien Janek non stop oglądał powtórki z 2 albo 3 Bundesligi, alkohol i zioło. I tak codziennie. Jak jest z marihuaną w Holandii to każdy wie, więc się rozpisywał nie będę, bo też kompetencji w tym temacie nie mam. Z racji, że u nas się pije to mam porównanie i mogę powiedzieć, że picie się różniło. Pomijając przypadki jak ktoś dowiózł z Polski butelkę dobrej wódki, to sprawa wyglądała nieco bardziej przyziemnie, dla wielu nawet dosłownie.
Piło się głównie 2 lokalne trunki. Po pierwsze wóda, w litrowych pękatych butelkach (chyba duńska albo norweska, bo pamiętam flagę z krzyżem) za 12 euro lub też piwo marki Jegger – piwo 2 kategorii o zawartości alkoholu 3,5% - tyle mówiła etykieta. Było tanie, wychodziło 76 groszy za butelkę 0,3l.
Wóda. Wódę zwykle piło się w weekendy – czytaj od czwartku. Jako, że był kryzys ze wszystkim, to z zastawą stołową także, każdy przychodził ze swoją flaszką – nie, nie piliśmy z gwinta – za to mieliśmy jedną szklankę i jedną przepoję na wszystkich pijących. Oczywiście każdy w przyczepie miał jakieś kubki, ale taki zwyczaj tam panował, zanim przybyłem. Tak to funkcjonowało, po co to zmieniać. Zasady: piło się swoje, polewało następnemu przy stole i tak w kółko – dosłownie. Niczym w F1 z okrążenia na okrążenie ubywało zawodników. Tak się Polonia bawiła!
Do radomskiego towarzystwa z czasem dojechali jeszcze inni, między innym pewna para z Opola. Skumplowaliśmy się z nimi i miałem z kim pić wermuty – tanie, słodkie i mocne były. Poza tym studiowali – jedyni oprócz nas – także mieliśmy wspólne tematy i pogląd na aktualnie wykonywaną pracę – co się bardzo chwaliło na emigracji. Następnie dojechali niewykwalifikowani polscy robotnicy z dolnośląskiego. Z tym, że słowo niewykwalifikowany określało nie tyle ich zawód – w końcu robili tam to samo co my, więc było to bez znaczenia – ale ich stan ogólny. Podstawy polskiego, potrzeby ograniczone do fizjologicznych i permanentne upojenie alkoholowe. Chociaż za to ostatnie nie mogę ich krytykować. Trzeba im przyznać pracowali lepiej niż ja, dla nich ta praca była bardzo ważnym źródłem dochodu, dla wielu być albo nie być, toteż starali się jak mogli, w przeciwieństwie do mnie, bo jak płatne od godziny to nie ma co zapieprzać jak wół.
Tak mijał czas, od jednej do drugiej wypłaty, do wszystkiego szło się przyzwyczaić. Libacje z jednaj szklanki w otoczeniu Animal Planet live, ścisk w caravanie (zdarzało nam się w nim robić imprezy nawet na 10-12 osób, ścisk był taki, że jak ktoś chciał do toalety to wychodził przez okno, żeby pozostali nie musieli się podnosić) i wizja powrotu do Polski z pieniędzmi – to było coś na co każdy czekał, a co mnie by ominęło.
Wracałem do Polski w samochodzie VW Polo załadowanym po dach, z niejakim Andrzejem – 40 letnim maszynistą PKP. Gość był zdecydowanie przyzwyczajony do prowadzenia pociągu, bo nie przywiązywał wagi do utrzymywania kierunku jazdy – zwłaszcza kiedy 2 razy zasnął i z tylnego fotela musiałem łapać za kierownicę. Wspomnę jeszcze fakt, że największa prędkość jaką rozwinął Andrzej to 70 km/h na niemieckiej auto-banie. W ten sposób po 22 h jazdy (normalnie jedzie się 11-13), zestresowany i niewyspany, ale za to jaki zarobiony wróciłem do Polski. Na bogatości, myk!


czwartek, 27 września 2012

Browaring nad Dunajem 19-25 III 2012 part 2

Dzień trzeci - czwartek
Kolejnego dnia opuściliśmy hostel i udaliśmy się na przystanek euroline, niestety odległego o jakieś 10 km od hostelu. W ostatniej chwili załapaliśmy się na nasz kurs. Ból by był gdybyśmy nie zdążyli, bo następny był za dwie godziny. Niemniej jednak dotarliśmy do Bratysławy. Zameldowaliśmy się w hostelu. Mimo iż było to dormitorium 12 osobowe, to oprócz nas była tylko jeszcze jedna para, która i tak przyjechała dopiero na noc. Ogarnęliśmy się i ruszyliśmy na miasto. Z niespodziewanie wielką satysfakcją chodziłem po miejscach w których byłem 5 lat wcześniej. Pokazałem Ani miejsce gdzie spałem na dziko z kolegą. Ten sam zamek, to samo stare miasto, nawet taka sama pogoda choć poprzednia wizyta w Bratysławie była w maju. Nic się nie zmieniło, no poza jedną rzeczą, teraz za piwo płaciliśmy w euro. Piwo na starówce kosztuje mniej więcej tyle co u nas, bo jakieś 7 złoty za Złotego Bażanta. 
starówka, w tym miejscu podzielona na pół szeroką arterią według komunistycznego projektu; btw. dobrze, że bloków tam nie wybudowali jak w Bukareszcie

centrum

zamek od strony Nowego Mostu

Wróciliśmy do hostelu robiąc po drodze zakupy w dobrze już znanym Tesco w centrum, które za komuny było jakimś supersamem. Kupiliśmy sporo browarów, tym razem wystrzegając się bezalkoholowych. Wróciliśmy do hostelu w którym kilkudziesięcioosobowa grupa angielskich rugbystów robiła różne dziwne rzeczy. W palarni spotkaliśmy rodaków przebywających w hostelu od kilku dni. Opowiadali historię o Anglikach z bieganiem nago, defekacją w miejscach publicznych i torsjami włącznie. Jeszcze tego wieczoru widzieliśmy bydło w angielskim wydaniu. Popiliśmy z Polakami i dowiedzieliśmy się o pewnym piwie z Tesco. Pandur – podobno po słowacku to pogardliwe określenie na milicjanta. Kosztowało 19 eurocentów, czyli mniej niż złotówkę, miało nieco ponad 3 %, ale rodacy zapewniali, że odpowiednia ilość może sponiewierać. Zalecane spożycie pod chipsy, także Tesco value. Koło 22:00 dotarła Cristina, piliśmy do 1:00 i umówiliśmy się na wspólny wypad do pobliskiego Devina. Skrajnie zmęczeni poszliśmy spać, by rano obudzić się z lekkim kacem.
Dzień czwarty - piątek
Poranek rozpoczęliśmy od browarku na kaca. Już lepiej, śniadanie i pakowania pod wypad do Devina. Wymeldowaliśmy się z hostelu, ale zostawiliśmy zbędny bagaż w hostelowej przechowalni. To jeden z plusów hosteli, za darmo można zostawić bagaż i wrócić po niego wieczorem. Jeszcze przed wyjazdem do Devina zwiedziliśmy część starówki wokół opery, po czym zaczekaliśmy na Cristinę na przystanku. Pół godziny i byliśmy na miejscu. Z daleka było widać stoki Małych Karpat i wystającą z brzegu Dunaju skałę na której osadzony był deviński hrad. Pełne słońce, lekki wiatr i przepiękna średniowieczna architektura wbudowana w naturę. Właśnie ciężko to dobrze opisać bez literackich umiejętności Byrona. W każdym razie spędziliśmy tam sporo czasu, odpoczywając, popijając browar na nadrzecznej skarpie wpatrywaliśmy się w piękny i modry Dunaj – jak o nim piszę w literaturze. 

Devin położony nad Dunajem i Morawą

hrad wbudowany w skałę
Warto zaznaczyć, że w tym miejscu Dunaj jest rzeką graniczną, przez co w czasach komunistycznych był przeszkodą do lepszego świata. Wówczas kilku Czechosłowaków uciekło do Austrii na lotni właśnie ze wzgórza devińskiego hradu.
Ciężko było wstać i ruszyć dalej, zwłaszcza, że czekał nas półtoragodzinny marsz na szczyt Devińskiej Kobyły. Mimo kilkudniowego zmęczenia tripem zdobyliśmy szczyt w godzinę. Szczyt – jak szumnie powiedziane, bo mierzył niewiele ponad 500 m n. p. m. W każdym razie sukces uwieńczyliśmy kolejnym browarem i posiłkiem opartym na bazie tego co Cristina wyniosła ze stołówki wiedeńskiego hostelu dzień wcześniej. Było smaczne, pierwszy raz jadłem bułkę z pasztetem i serem. Co tu dużo pisać, zeszliśmy z góry, a na przystanku hiszpańska koleżanka bardzo nam dziękowała za spędzony wspólnie dzień. Po powrocie do Bratysławy zakupiliśmy jedzenie na kolację i alkohol na wieczór oraz zaplanowany na północ autokar do Polski.
Po powrocie do hostelu bez żadnych problemów mogliśmy, odebrać bagaż, skorzystać z kuchni i łazienki oraz commun room z komputerami i internetem. Oczywiście wszystko w cenie poprzedniego noclegu. Pomijając serdeczność i życzliwość personelu to kolejny niezaprzeczalny plus hosteli, nie możliwy do spotkania w przypadku innych płatnych noclegów. Tego wieczora nadszedł też czas pożegnać się z naszą Hiszpanką. Bardzo miło ją wspominamy, żartowała, piła z nami browary, robiła skręty dla Ani i nauczyła ją w związku z tym zwrotu o który Ani słownictwo jest bogatsze, czyli; could you role me a cigarette? Z hostelu wyszliśmy dopiero koło 23:00. Z drogi na autobusową stanice zapamiętamy jeszcze Panią przechodzień, która pokierowała nas: „trista metrów prosto, a dalej nadchodką i już je stanica”. Życzliwość ludzi spotkanych, w Wiedniu, czy w Bratysławie nieraz onieśmielała i tym samym sugerowała porównanie z polskimi realiami w tej kwestii..
Szczęśliwi i wykończeni wsiedliśmy do busa do Polski, zajęliśmy podwoje fotele i padliśmy. Ja spałem niemal całą drogę, gorzej Ania, bo nie zwykła do spania w busie. To by było na tyle. Pozostają niezapomniane wspomnienia, przeżycia, znajomości póki co zakończone na liście facebookowych przyjaciół, cała masa zdjęć i odciski na nogach. Najważniejsza jest jak zawsze satysfakcja, po prostu z faktu bycia, przeżycia ciekawych chwil i świadomości, że mimo niewielkiego funduszu wyrwaliśmy się z codziennej melancholii robotniczego miasta, w którym przydałoby się – jak mówił filmowy klasyk - trochę polotu i finezji.

środa, 26 września 2012

Browaring nad Dunajem 19-25 III 2012 part 1

Bo we Wiedniu nie byłem.
A termin? Co prawda w cesarskich ogrodach nie wiele roślin w marcu kwitnie, ale (tu jak mówi porzekadło wszystko co przed „ale” się nie liczy) chciałem się gdzieś wyrwać. Wiedeń-Bratysława-Devin, czyli browaring nad Dunajem.

Zanim wyjazd przybrał właściwy bieg spraw i mogliśmy się napawać cesarską architekturą, trzeba było dotrzeć na miejsce. Podróż rozpoczęliśmy z Warszawy tanią linią autobusową. Rok temu w Hiszpanii pisałem, że u nas takich autokarów długo jeszcze nie będzie. A tu są, klimatyzacja, internet WiFi, toaleta,  a bilet? W cenie nocnej taksówki przez pół większego miasta. W każdym razie wyjeżdżamy w poniedziałek o 18:00, by na miejsce dotrzeć około 6:30 rano.
Dzień pierwszy – wtorek
Przeciągamy się po wyjściu z autobusu i wyrzucamy opróżnione butelki. Spacer w kierunku hostelu rozpoczynamy od zmylenia kierunku. Na szczęście w porę się orientujemy, a przechodnie są nadzwyczaj pomocni, widząc nas z mapą sami podchodzą i oferują pomoc. Ania jest w ciężkim szoku, no cóż mało jeździ. Wreszcie nieco zniecierpliwieni docieramy do hostelu. Zależało nam na jak najszybszym zabookowaniu miejsc, bo nie zrobiliśmy tego przez internet. Później się okazało, że mieliśmy sporo szczęścia bo nasi pozostali współlokatorzy musieli zmieniać pokój co noc z uwagi na to, że ich łóżka były przez kogoś wcześniej zarezerwowane. Obsługa w hostelu jak zawsze miła. Dostaliśmy xero z turystycznymi atrakcjami oraz co najważniejsze plan miasta i bony na piwo w hostelowym klubie. Niby swój plan już mieliśmy, ale jeszcze tego samego dnia gdzieś mi wypadł, w dodatku ten był praktyczniejszy. Zostawiliśmy rzeczy w przechowalni bagażu i udaliśmy się na miasto. 
Zaczęło się zwiedzanie. W telegraficznym skrócie to opera, następnie Hofburg – czyli siedziba cesarza, na przestrzeni wieków rozbudowywana o kolejne skrzydła stała się w latach 1814 -1815 miejscem obrad kongresu wiedeńskiego. Piękny Volksgarden naprzeciw parlamentu. Ratusz, uniwersytet, muzeum sztuki i wiele innych idąc wzdłuż Ring czyli obwodnicy starówki Wiednia. Po dotarciu do kanału dunajskiego kierujemy się do ścisłego centrum, pod katedrę Świętego Stefana. Moc atrakcji i jeszcze więcej turystów. Pokręciliśmy się po starówce i spoczęliśmy na browarku w knajpie usytuowanej na deptaku. Nie było dramatu 3,6 euro za półlitrowe piwo. Orzeźwieni wróciliśmy do hostelu, była 14:00. 
Hofburg
ratusz

parlament
Ogarnęliśmy się, zjedliśmy, współlokatorom ze świata wytłumaczyliśmy co to jest grzałka do gotowania wody. Była to dla nich spora niespodzianka, jednak nie tak wielka jak sposób w jaki chłodziliśmy alkohol, czyli na parapecie za oknem – noce były dość zimne. Dla nas to było oczywiste, dla niech nie. Mówiąc o nich mam na myśli koleżanki z Korei, Hiszpanii i Australii oraz kolegę z Indii. Zresztą on w ogóle nie pił. Sumi – wesoła dziewczyna, pielęgniarka z Seulu wyposażona w – jak się nam wydawało – drogi sprzęt Samsunga, była dobrą towarzyszką tego wieczoru. Podczas późniejszej rozmowy okazało się, że pominięcie kosztów eksportu i kilku procentowy vat sprawiają, że smartphone kosztuje tyle co u nas zwykły telefon z najniższej półki Media martk, a lustrzanka nie wiele więcej niż mój aparat, który według fotografów nadaje się do robienia zdjęć na imieninach u cioci.. 
Wraz z Sumi ruszyliśmy w miasto pokręciliśmy się po centrum oglądając to samo co za dnia i popijając piwko. Późnym wieczorem wróciliśmy do hostelu, gdzie zrealizowaliśmy wspomniane wcześniej kupony na browar. Niestety okazało się, że już nas zassało i trzeba było dokupić jeszcze po dwa piwa. Rzecz jasna takie normalne, czyli półlitrowe, nie takie gratisowe 0,2. Z rzeczy godnych zapamiętania tamtego wieczoru jest posiłek Sumi. Po pierwsze bardzo smaczne, po drugie bardzo ostre. Po kęsie ryżu z czymś tam, paliło mnie jak po kebabie z ostrym sosem. Dobrze, że miałem browar pod ręką. A drobna Azjatka wcinała tylko się jej uszy trzęsły. Co ciekawe, przed snem raczyliśmy naszych współlokatorów smakową wódką 36%, nie powiem jaką, żeby nie reklamować grejpfrutowej lubelskiej. Alkohol przypadł do gustu Cristinie – wspomnianej wyżej Hiszpance, a Sumi, która przed chwilą zjadła super ostre danie z kubka nie mogła przełknąć trunku – tak ją w gardło paliło te 36%. Widać, co kraj to i gardło inne. Nie mniej jednak skumplowaliśmy się z Cristiną, co miało istotny wpływ na przebieg naszej wycieczki, bynajmniej we Wiedniu. Ale o tym dalej.
Dzień drugi - środa
Nazajutrz mieliśmy prosty plan. Schönbrunn, Prater, Dunaj i to co po drodze interesującego. Na spacer do Schönbrunn z centrum wprosił się kolega z Indii, Ravi. Zdawało się, że po drodze zaczął żałować, bo nie pojechaliśmy metrem, a poszliśmy piechotą. Jakieś 1,5 godziny dobrego marszu. Koniec końcem na miejscu chyba przestał żałować, bo Schönbrunn wymiata. Mnie przypominał Wersal, w sumie założony z tym samym zamysłem podmiejskiej rezydencji cesarza. Przepiękne ogrody, rzeźby, pierwszy na świecie ogród zoologiczny, a co najważniejsze architektura. Moc atrakcji, jeszcze więcej plenerowych zdjęć i odpoczynek na ławce z browarem w cesarskim ogrodzie. Szał. Wycziłałtowani ruszyliśmy w drogą powrotną, tym razem metrem. Pożegnaliśmy się z Ravim, który śpieszył się na busa do Amsterdamu. 
Schönbrunn

Prater
Podjechaliśmy pod Prater – kiedyś park łowiecki Habsburgów, od połowy XVIII wieku otwarty dla mieszkańców, dziś ośrodek wypoczynkowo-sportowy na terenie którego znajduje się park rozrywki. Moc atrakcji, przeróżne maszyny, karuzele, koła, rollercoaster i inne które nawet ciężko nazwać. Niestety jak na polskie realia wszystko za drogo, poza ty wsiadając na wspomniane maszyny ryzykowało się utratę zawartości żołądka, co było prawdopodobne ze względu na zaawansowany browaring prowadzony przez nas od chwili przyjazdu. Dlatego też zamiast karuzeli wybraliśmy kolejny browar, chleb i turystyczną. Dalej ruszyliśmy nad Dunaj, Pospacerowaliśmy nad brzegiem, weszliśmy na most, porobiliśmy zdjęcia i w zasadzie tyle. Nadchodził zmierzch, a do hostelu ponad godzina marszu. Po drodze tradycyjny wurst i zakupy w Billi. Warto zaznaczyć, że był to nasz ulubiony sklep w Austrii. Po pierwsze zawsze był po drodze, po drugie to chyba najbardziej popularny dyskont, przynajmniej we Wiedniu. Choć widzieliśmy też inne, takie same jak w Polsce, to znaczy logo było identyczne, ale nazwa lokalna. 
Dunaj
Jako, że czuliśmy się smakoszami browaru, to próbowaliśmy wszystkiego. Dlatego też zwykle zdejmowałem po jednym, dwóch piwach każdej marki z półki i wkładałem do koszyka. Tym razem również tak zrobiłem. Niestety podczas spożycia okazało się, że jedno było zepsute, a konkretnie po dokładniejszych oględzinach puszki stwierdziliśmy z żalem – bezalkoholowe. No cóż i takie combo breakery się zdarzają, ale uczą na przyszłość czytać co się kupuje nawet w dziale z ulubioną substancją.
To be continued

wtorek, 25 września 2012

Beskid Niski – najdziksze miejsce w Polsce

Na pierwszy rzut oka te góry szału nie robią. Najwyższe szczyty nie sięgają nawet 1000 m. n. p. m.. Zazwyczaj zarośnięte wysokimi drzewami szczyty i stoki nie nagradzają za wysiłek pięknymi panoramami jak tatrzańskie turnie, czy bieszczadzkie połoniny. Zlokalizowane pomiędzy wcześniej wspomnianymi pasmami nie mają rozwiniętej infrastruktury turystycznej, o knajpach i spa – z wyjątkiem Krynicy Górskiej, gdzie Beskid się zaczyna – można zapomnieć. Baza noclegowa w porównaniu do pozostałych gór w Polsce jest beznadziejna, żeby nie powiedzieć, że nie ma jej prawie wcale. 
idzie na burze, idzie na deszcz

biwak w korycie rzeki

zarośnięte szczyty, widok z Koziego Rzebra
To po co tam jechać?
Po pierwsze to najdziksze góry w Polsce i można odpocząć od ludzi. Pomijając wsie do których schodziłem ze szlaku i studencką bazę, to w tych górach przez tydzień nikogo na szlaku nie spotkałem.
Po drugie to miejsce, gdzie obcuje się z zapomnianą historią. Cmentarze z pierwszej i drugiej wojny światowej zlokalizowane gdzieś w środku lasu z dala od drogi. Osady i cerkwie po Łemkach wysiedlonych stąd po I wojnie światowej.

cerkiew jak się patrzy, projekt bardzo popularny, bo po trasie spotkałem kilka identycznych
Po trzecie „pół survival”. Tu trzeba nosić z sobą namiot, bo spać nie ma gdzie; jedzenie, bo sklepy są co kilkanaście kilometrów i zwykle z dala od szlaku. Z wodą pitną nie ma problemu bo liczne źródła są tu krystalicznie czyste. Trzeba tylko pamiętać by nie pomylić źródła z potokiem, zwłaszcza za wsią, gdzie te służą za wodopój dla bydła. Umyć się też jest gdzie, potoki zanim wpłyną do wsi są bardzo czyste. Ugotować też coś zawsze można, drewna na ognisko jest pod dostatkiem, tyle że garnek trzeba dźwigać.

Po czwarte mimo niewielkiej wysokości, tu też się można zmęczyć. Wbrew pozorom niektóre szczyty charakteryzują się dość dużą stromizną i wysokością względną. Jednak powodem największego wysiłku jest ekwipunek, który trzeba z sobą nosić – a jest tego trochę kiedy zakłada się tygodniowy lub dłuższy marsz. Jeśli do tego doda się upał – na który trafiłem – to można się mocno zmęczyć.
Po piąte można tam spotkać ludzi Beskid Niskiego, bo kto raz tam pojechał będzie chciał wrócić. Poza szlakiem – na którym nikogo nie spotkałem – najłatwiej natrafić na takich w bazach i chatach studenckich. Bazy to nic innego jak kilka większych namiotów, palenisko i ujęcie wody przy najbliższym źródle. W sumie jak się ma własny namiot, to ma się to samo niemal gdziekolwiek w Beskidzie. Chaty studenckie, to prowizoryczne schroniska zlokalizowane w domach z których wysiedlono Łemków lub w budynkach po upadłych PGRach. W jednych i drugich o elektryczności, kanalizacji i zasięgu sieci komórkowych można zapomnieć. Nocleg za kilka złotych. Atmosfera przy ognisku warta o wiele więcej.
Studencka baza w Regietowie
Jeśli ktoś czytał prozę Stasiuka albo oglądał Wino truskawkowe, to wie jak w Beskidzie życie wygląda. To nie są góry dla każdego. Bardzo dobrze, bo jak się szuka ciszy i spokoju, to w kraju nie znam lepszego miejsca.

poniedziałek, 24 września 2012

Ogłoszenia drobne

Podczas każdej, krótszej lub dłuższej wycieczki oprócz zabytków, parków i innych nieruchomości które warto zobaczyć, dostrzegamy napisy na murach lub też ogłoszenia o intrygującej treści. Jedni są zbulwersowani, że ktoś niszczy elewacje budynków inni większą wagę przywiązują do poruszanej treści. Pomijając kwestie ewentualnego wandalizmu, można dość łatwo uszeregować te wszystkie inicjatywy. I tak mamy treści:
  • polityczne
  • patriotyczne / lokalno-patriotyczne
  • klubowe (mistrzami są fani piłki nożnej z Łodzi)
  • ogłoszenia/apele
  • sentencje
  • radomskie
Wybrane przykłady z mojej „galerii”.
Przyporządkowanie według własnego uznania.
Mediolan

Cluj-Napoca

Gubałówka

cerkiew, Czerniczyn pod Dołhobyczowem

katedra w Zamościu

Wiedeń

na trasie E371, pod Rzeszowem

Budapeszt, Góra Gellerta

Lwów jak się patrzy
Kijów

niedziela, 23 września 2012

Jeździsz w Tatry, czy do Zakopanego?

Nie, to nie to samo! Jeżeli uważasz inaczej, to tak, czy inaczej jeździsz do Zakopanego. Stolica zadeptanych Tatr, gdzie zobaczymy wszystkich i wszystko. Począwszy od lipnych pamiątek made in China w ogóle nie związanych tematyką z polskimi, z jakimikolwiek górami, przez ludność w pasiastych uniformach a na wsi tańczącej i śpiewającej skończywszy.
Niegdyś amatorzy górskich wędrówek pozdrawiali się na tatrzańskim szlaku, można było powiedzieć i odpowiedzieć cześć nawet osobie starszej, bo tu szacunkiem było wyjście w góry według tej samej filozofii umiłowania gór. Dziś za sprawą wyciągu mamy pizze Dominium i szpilki na Kasprowym, za sprawą krzyża na Giewoncie mamy chmary ambitniejszych, którzy i które wchodzą tam w trampkach z różowymi plecakami szkolnymi i przeprowadzają wideorozmowy przez telefony 3G ze znajomymi. Jakiego wyczynu oni nie dokonali, jak tu wysoko i strasznie. Następnie jesteśmy skazani na żale i jęki przy schodzeniu po łańcuchach tych pseudo taterników blokujących szlak o poziomie nieskomplikowanym dla wysportowanego dziecka z podstawówki. Szczytem wszystkiego jest jak dzwonią po śmigłowiec TOPR, bo zleść nie mogą! Dobrze, że teraz toprowcy wystawiają takim rachunek, a media o tym mówią. Może część z nich się rozmyśli przed wyjściem w góry. Wśród nich są wszyscy począwszy od licealistek, przez ekspedientki, konsultantki na doradcach i managerach skończywszy. Panny i kawalerowie, matki, żony, mężowie i ojcowie. Jak idą do Morskiego Oka (club na Krupówkach), to się odpowiednio przygotują. Ubiorą jak na balet w czyste i modne ciuchy, umyją i wyperfumują. Jednak brak umiejętności elementarnego myślenia nie pozwala dojść do wniosku, że w nowe miejsce też się trzeba przygotować. Te blisko 2000 m. n.p.m. to dość wysoko i pogoda się zmienia, że wyleść nie tak łatwo jeśli największym wysiłkiem na co dzień, jest droga z domu na parking albo na przystanek. Już wiem dlaczego od kandydatów na wolne stanowisko wymagają 2 lat doświadczenia. I spotykasz tych wszystkich na własną rękę upośledzonych fizycznie. Gór się odechciewa.
Nadzieją pozostają szlaki pomiędzy górami, Czerwone Wierchy, bo wejście na więcej niż jedną górę dziennie jest poza zasięgiem fizycznym statystycznego turysty z Zakopanego, Orla Perć, bo kilka godzin przy łańcuchach i drabinkach wywołuje u nich na samą myśl dreszcze, torsje i defekacje. I na tych szlakach usłyszymy zawsze: cześć, dzień dobry, albo słowackie dobry dzień. Oni jeżdżą w Tatry, nie do Zakopanego.