sobota, 8 września 2012

Psychologia sukcesu

Siedzieliśmy na plaży w Warnie, piliśmy i dyskutowaliśmy. Ja, Kuba oraz dopiero poznani Klara i Martin. Rumuńsku – bułgarska para pracowała na kierowniczych stanowiskach na jednym z liniowców. Poznaliśmy ich tego samego dnia popołudniu, odwiedziliśmy kilka miejsc na bułgarskim wybrzeżu, dwie knajpy, by skończyć na nocnym piciu wódki w nadmorskim plenerze. Klara powiedziała: My zawsze wydajemy dużo na wakacje, mieszkamy w ładnych hotelach, jeździmy w egzotyczne miejsca. Dzisiaj widzieliście to samo co my, przejechaliście takim samym samochodem tyle samo kilometrów, odwiedziliście te same miejsca, te same knajpy. Teraz razem siedzimy i pijemy z wami wódkę w kubkach, ale wy macie lepiej, bo w odróżnieniu od nas będziecie spali na plaży. Nie dość, że macie tu wszystko co mi wystarczy by miło spędzić czas, to jeszcze – pomijając picie i jedzenie – nic to was nie kosztuje. Po czym zwróciła się do męża i powiedziała, Jedźmy gdzieś pod namiot, na plażę, tylko naszym samochodem, a nie stopem jak chłopaki.
Wtedy Kuba (handlowiec/doradca – nie mylić z akwizytorem) zaszpanował historią, którą przeczytał w jakiejś biznesowej psychologii sukcesu. 
Wykład Kuby: Amerykański biznesmen pojechał na wczasy do jakiejś meksykańskiej wioski nad oceanem. Żegnając się z gospodarzami, obiecał, że wróci za rok, a za 10 lat się tu przeprowadzi. Meksykański gospodarz zapytał dlaczego za 10 lat?
A: W przeciągu tych 10 lat będę ciężko pracował i zarobię tyle, żeby móc przejść na emeryturę i żyć tutaj.
M: A co chcesz robić na emeryturze?
A:Będę spal do południa, potem wstawał, robił co chciał, pewnie jakieś hobby, może pływał jachtem i łowił ryby, wieczorem będę chodził do baru, miło spędzał czas, pił i rozmawiał z ludźmi.
M: A, to tak jak ja – odpowiedział Meksykanin, a biznesmen poczuł się nieco zmieszany – Wstaje po południu, wypływam na ocean i łowie ryby, część sprzedaje, resztę zabieram do domu. Wieczorem spotykam się z innymi miejscowymi. Pijemy, smażymy na ognisku złowione wcześniej ryby, rozmawiamy i imprezujemy do rana. 

Niestety, Meksykanami takimi jak w tej anegdocie byliśmy tylko przez dwa tygodnie, ale i tak było warto, mieć co się chce ot tak, bez wielkich pieniędzy. Granice wyznaczał tylko czas i życzliwość napotkanych ludzi. Da się!

piątek, 7 września 2012

Turecki marketing, czyli jak na wszystkim i wszędzie zarobić.

Nie ma rzeczy, której nie potrzebujesz, są tylko potrzeby których jeszcze nie odkryłeś. Popularne wśród akwizytorów hasło ma codziennie zastosowanie na ulicach Stambułu, jak nigdzie indziej. Na pewno każdy słyszał, że w krajach arabskich będą Cię namawiać do towaru, tak długo aż Ci go sprzedadzą. W Turcji jest identycznie. Wszystko i wszędzie. Na ulicy, skrzyżowaniu, przejściu dla pieszych zaproponują wszystko począwszy od zimnej mineralnej, przez zapalniczkę, na biletach na jakiś event skończywszy. W okolicach atrakcji turystycznych też możemy kupić wszystko, w ofercie bilet na rejs po Bosforze od Turka, który mówi łamanym polskim i angielskim. Gość argumentuje cause my future wife is from Poland i'll give you special price, 12 euro. - Ty głupi jesteś, w informacji turystycznej te bilety są za 10 euro! Jaka żona! Koleś gdzie ty ten kebab robiłeś? - We Wrocławiu.
Mistrzowie marketingu, jeśli nie mogą się z Tobą skomunikować zaraz wołają kolegę Mehmeda, albo jakiegoś innego, który mówi kilka słów po angielsku (dosłownie kilkanaście w tym: Yes i Marlboro) tudzież innym europejskim języku, także po polsku jak ten Turek z wrocławskiego kababu. Jak wchodzisz do knajpy z kebabem, to znajdą kolegę kolegi, który potrafi powiedzieć one kebab – four lira, i są zadowoleni, że się dogadali. Podczas trzydniowego pobytu w Turcji spotkałem 3 osoby mówiące po angielsku. Gościa od którego wynajmowaliśmy pokój i dwóch filologów angielskiego, którzy pomogli błądzącym turystom w ramach ćwiczenia swojego angielskiego. Inni handlowcy chcą Ci wepchnąć przewodnik po Stambule, Sir, guide for You! I've got one already! - Where? - In my bag! – Where you from? - Poland i myślisz, że się durnia pozbyłeś, a on Cie dogania z przewodnikiem po polsku. Ręce nawet nie opadają, zwyczajnie masz ochotę mu przypierdolić. Jeszcze inni chcą byś wymienił u nich walutę po extra korzystnym kursie specjalnie dla Ciebie, pocztówki, noclegi, przekąski, czy zioło. W skrócie, to akwizytorzy level pro. 
Taka dygresja odpowiadając na wiadome pytanie Poland, oni często słyszeli Holand (Polska po turecku to Polanya, choć oni mówili Polanda – nie wiem dlaczego) i odpowiadali Amsterdam good! (sic!) Byli też tacy, którzy usłyszeli poprawnie wówczas komentowali Lukas Podolski good.
Wracając do tureckiego handlu, słowo bazar nie na darmo pochodzi z arabskiego i kręgu kultury islamskiej, choć alkohol też pochodzi, a Allah pić zabrania! W Stambule znajdziemy kilkanaście bazarów, między innymi piękny zabytkowy Wielki Bazar Kapalıçarşı. Bazar został wzniesiony w XV wieku, zaś obecny kształt osiągnął w XIX wieku. Nie, to nie Amerykanie zbudowali jako pierwsi centra handlowe. Dowód: stambulski bazar zajmuje powierzchnię 30 hektarów, ma 61 ulic z około 3500 sklepikami, 22 bramy, restauracje i kawiarnie, dwa meczety i cztery fontanny. Byłbym zapomniał, prawie wszystko pod dachem i 24h/dobę. Gdyby McDonald's i Starbucks istniały w XV wieku, to były by tam od początku. 




Jeśli chodzi o handel na tureckich bazarach to jest prawdziwy freestyle. Kupi się wszystko. Pomijam kwestie biżuterii, książek i wszystkiego innego do domu i ogrodu. Ubrania szczególnie przykuły moją uwagę. Tylko znane marki, ceny jak zwykłych ubrań w polskich marketach - raczej niskie. Do dziś żałuje, że nie kupiłem dresu...
Sprzedawcy wiedzą jak dogodzić klientowi. Pewna Europejka kupowało torebkę, model jej się spodobał, tylko marka Louis Vuitton, a ona chciała dobrać do paska D&G, który przed chwila kupiła. Nie było problemu. Turek przyniósł zaraz identyczną torebką bez loga, klientka mogła nawet wybrać wielkość pożądanego emblematu. To się nazywa produkt na indywidualne zamówienie! Podobnie było ze zmianą sprzączek w paskach i remakiem wielu innych. Change money, good price, żeby dać ludziom to czego potrzebują. Maybe it's Your lucky day?

czwartek, 6 września 2012

Alkoholowy paradoks

Jak to jest, że tam gdzie pić w miejscach publicznych nie można, to się pije? Że tam gdzie pić można, to i więcej można mieć w wydychanym powietrzu? WTF. Wyjaśnijmy coś. W Czechach, Słowacji, Rumunii, Węgrzech i Ukrainie za kółkiem trzeba być trzeźwym jak świnia. Jak się pomyśli o popularności czeskiego Pilznera, czy Bażanta, słowackiej śliwowicy, rumuńskiej Tuicy, węgierskim Tokaju, czy ukraińskiej wódzie, to się nie chce wierzyć, że oni tam tak poziom – raczej pion – trzymają. Zwłaszcza wspomnienia o piciu z naszymi wschodnimi sąsiadami zdają się temu przeczyć. Co jak co, ale ustawodawstwo Ukraińskie jest mega nowoczesne, nieadekwatne, głupie? Wybierz właściwe. Nie dość, że ludzie którzy wali wódkę w tym, w czym u nas podają przepojkę, to mają być supertrzeźwy za kierownicą i …...... nie mogą spożywać alkoholu w miejscach publicznych.
To się uśmiałem za każdym razem na Ukrainie. Nie mówię, że w sklepach, bo to wszędzie, ale w kioskach oprócz papierosów, gazet i gumy do żucia kupisz wódę i browar. Nie to, że spod lady. U nas co niektóre kioski mają lokówki z kolą, mineralną ect. U nich też, a oprócz tego: małe, duże, słabsze i mocne browary, zawsze idealnie zimne z lodówki przy kiosku. Co więcej, kupując jedno, albo dwa sprzedawca zawsze się zapyta czy nie otworzyć. Frontem do klienta, nie ma co. W centrum Kijowa są takie stoiska na przykład wokół Majdanu Niezależności (tam gdzie była pomarańczowa rewolucja i krzyczeli Juszczenko), tam też kupiłem zimny browar. Sprzedawca nawet się nie pytał, tylko od razu otworzył. Usiadłem pod monumentem na majdanie. Piję, rozmawiam i patrze jak inni spacerują z browarkiem w ręku. Przechodzi koło mnie i kolegi patrol milicji, kolejny, w końcu trzeci się przypieprzył, bo chyba angielski usłyszeli (piłem z Amerykaninem). Kilka ukraińskich słów i ukraińskie nazwisko było w stanie ich przekonać, że rodzina z Ukrainy i zawsze się tu piło! Mandatu nie było, a browar skończyłem kilkanaście metrów dalej.
Z drugiej strony mamy Anglię i Luksemburg, gdzie dopuszczalne jest 0,8 promila i tą zachodnią resztę UE gdzie dopuszczone jest 0,5 promila. Pozostaje jeszcze Skandynawia,ale tam do tej pory nie byłem, to się wypowiadał nie będę. Na tym zachodzie, którym my się chcemy stać, to można pić w miejscach publicznych. Zresztą na południe od nas też można. Kto był to wie, że we Francji wino smakuje lepiej na przykład na Polach Marsowych, czy paryskich bulwarach. Pod włoskimi fontannami, tyle, że tam po 22:00 nie wolno pić w szklanych butelkach (nawet rozsądnie). W Niemczech też wolno i nawet na rowerze można jeździć pod wpływem, bo ustawodawca przewiduje, że jak w coś wjedziesz to sam sobie największą krzywdę zrobisz. W Hiszpanii pić na ulicy nie można, ale dopóki się obory nie robi policja nie interweniuje, a tam picie w plenerze jest dość popularne (przynajmniej w Andaluzji).
Po co więc te ograniczenia, zakazy? O ile pijanych za kierownicą się nie toleruje nigdzie – tylko nie mówcie mi, że człowiek jest pijany po jednym piwie – to zakazu spożywania alkoholu w miejscu publicznym nie rozumiem i będę zawsze przeciwny. Ktoś powie, bo piją na ulicy i sikają w bramie. A jak się piję wodę, to gdzie się sika na mieście, jeżeli nie ma w okolicy publicznej toalety? Inni powiedzą, że te menele będą wszędzie pić, ludzi zaczepiać itp. Jak już menele, to zawsze i wszędzie będą ludzi zaczepiać, bo im zawsze zabraknie 50 groszy do wina, zawsze! Tylko dlaczego mają cierpieć ci którym do tego wina nigdy nie brakuje?
Niestety, nasz system jest skonstruowany tak, żeby policja mogła się szczycić zatrzymaniem kolejnych 500 pijanych kierowców w ten weekend, o mandatach za spożywkę nie wspomnę. Tylko niech powiedzą ilu z nich przekroczyło chociaż promil albo 0,5 promila, bo ciekawy jestem jaka jest realna liczba zatrzymanych po pijaku. Polak nie wypije lampki wina albo jednego piwa podczas lunchu. I tu nie chodzi o naszą kulturę, bo w końcu gonimy zachód i od nich bierzemy wzorce. U nas jak tak zrobisz to 24-o godzinny sąd Ziobry skaże Cię na 2 lata w zawiasach, zabierze prawo jazdy i potraktuje jak bandytę, którego złapała dzielna policja i był to jej kolejny wielki sukces! Nasze prawodawstwo sprzyja temu, żeby w piątek i sobotę, albo przynajmniej raz w tygodniu upodlić się alkoholem jak zwierzę. Czy my pijemy dużo? Nie! Przy Francuzach czy Włochach wysiadamy ze średnim spożyciem, bo my co dzień pić nie możemy. Za to jesteśmy mistrzami w ilości wypitego alkoholu w jeden wieczór. To do piątku! 

środa, 5 września 2012

Autostop w Rumunii

To nie jest styl podróżowania, to rodzaj transportu jak każdy inny. Płatny! To się zdziwiłem, jak się dowiedziałem. Tym bardziej, że budżet wyjazdu był, co tu dużo mówić skromny. Spoko, dało się to obejść.
Jako, że do Cluj dojechaliśmy ze wspomnianym niegdyś Wieśkiem tirowcem – o czym nie omieszkaliśmy wspomnieć w księdze gości katedry w Cluj – to dopiero tam się zaczęły schody ze stopem w Rumunii. Złapanie stopa z Cluj do Sibiu okazało się dość łatwe i co ważne szybkie. Jechaliśmy z gościem, który mimo, że dobrze mówił po angielsku nie chciał z nami rozmawiać, i to był jeden z dwóch wyjątków, bo jak zapewniał nas znajomy Rumun Flavio „to niegrzecznie nie rozmawiać z towarzyszem podróży”. Do tego w czasie 3 godzinnej trasy kierowca połowę czasu rozmawiał przez telefon, a drugą połowę pisał smsy. Kilka razy mało w dupę komuś nie wjechał, ale telefonu nawet na chwile nie odłożył. Dowiózł nas na miejsce, to zgraliśmy głupa, podziękowaliśmy za transport i jeszcze zapytaliśmy w którą stronę do centrum. Żeby nie być wulgarnym, to napiszę, że gość miał minę wykorzystanego, no w każdym razie nie był zadowolony.
Kolejnego stopa w Rumunii łapaliśmy z Sibiu do Bukaresztu. Tu był problem, bo na wylotówce oprócz nas stało z 15 Rumunów i z 10 cyganów. Nie! To nie to samo. Rumun jest biały, co najwyżej śniady, a nie ciemny wbrew obiegowej opinii w Polsce. Rumuni podobnie jak my cyganów nie lubią, są tam – chyba jak wszędzie – synonimem złodziejstwa, żebractwa itp. W każdym razie ludzie na tym poboczu za stopa zamierzali zapłacić, cyganie też. Przez półtorej godziny nie szło złapać stopa do Bukaresztu z dwoma wolnymi miejscami. Stwierdziliśmy, że dojedziemy do kolejnego miasta i tam spróbujemy. To się udało, a za dystans około30 km, daliśmy kierowcy 5 lei (czytaj 4,5 PLN). Talmaciu, miasto – duże słowo, okazało się pozornie lepszym miejscem do łapania. Samochody wolniej jechały, miały też więcej miejsca żeby się zatrzymać. Tyle, że dwie godziny nic złapać nie mogliśmy, tzn zatrzymał się samochód na katowickich blachach po tym jak pomachałem polską flagą, tyle że byli to Rumuni pracujący w Polsce i jechali tylko kilka kilometrów dalej odwiedzić rodzinę. Słońce paliło, głód i pragnienie doskwierało.
Rozłożyliśmy się z piwem i jedzeniem na trawniku pod jakąś knajpą, bo akurat tam był cień. Po chwili wyszedł jakiś Rumun. Zrozumiałem, że chodzi mu o picie piwa – od razu zaprzeczyłem, kamuflując browar, bo może czepia się, że mu oborę pod knajpą robimy, potem zapytał o kolę i jedzenie – o co mu chodziło nie miałem pojęcia. W każdym razie po chwili wyszedł ponownie z knajpy z dużym melonem i dwulitrową kolą. Ten jakże niespodziewany i hojny prezent przyjęliśmy z nieukrywaną radością, po czym miałem wyrzuty sumienia. Nie, nie dlatego że coś od niego wzięliśmy. Dlatego, że nie uczyłem się rumuńskiego. Pierwsze co on się nas zapytał, to czy chcemy napić się piwa, a ja zaprzeczyłem bo zrozumiałem tylko słowa „pić piwo” i wnioskowałem, że ma do nas pretensje.
W taki sposób rozczarowani zmarnowaniem szansy na darmowy alkohol wróciliśmy łapać stopa. Zatrzymali się dwaj Rumuni w naszym wieku. Na wstępie wyjaśnili, że bardzo się spieszą do Bukaresztu, bo jeden z nich musi odebrać swoje prawo jazdy z posterunku. Po chwili wiedzieliśmy dlaczego. Na krętej górskiej drodze gość wyprzedzał na farta, a my mieliśmy poczucie, że limit szczęścia na tym tripie już wykorzystaliśmy. Nie mniej jednak, panowie byli tak mili, że zawieźli nas pod wskazany adres hostelu – to się nazywa autostop! Wypadało im zapłacić. To się zapytałem ile. Chyba z grzeczności odpowiedzieli, że jak chcemy i ile chcemy. Gotówki mięliśmy tyle, żeby zapłacić za hostel, resztę w bankomacie. W efekcie dostali melona. Tak, tego samego, którego my dostaliśmy 3 godz wcześniej od właściciela knajpy. Dodam, że kolę wypiliśmy z wódką w hostelu. Aha w Rumunii nie pije się wódki pod kolę ani z kolą. Nie i już!
Z ciekawych doświadczeń autostopowych w Rumunii, to podjechał do nas furmanką starszy pan i zaproponował transport. No cóż, miło z jego strony, ale jechaliśmy w innym kierunku.

Zarobiony jak ratownik na plaży w Bułgarii.

To, że oni tam zwyczajnie się opieprzają, to jeszcze żaden powód do krytyki, bo dopóki nikt się nie topi to nie ma problemu. Każdy wie, że w Polsce ratownik na początku dnia sprawdza kąpielisko, wywiesza flagę itd. W Bułgarii przychodzi, a właściwie przychodzą bo na każdym stanowisku jest dwóch, wywieszają flagę i fajrant. O 8 rano dziwiło nas, że żaden nie wlazł do wody i nie sprawdził kąpieliska, w sumie po co przecież wiadomo, że ciepła. Jeszcze bardziej zdziwiliśmy się kiedy pływaliśmy, a ratownicy stali plecami do wody, ale co zrobić może wyglądaliśmy na dobrych pływaków. Co więcej tych dwóch, jak i masa napotkanych w najbliższych dniach pochłonięta była w pracy rozwiązywanie krzyżówek, sudoku i czytaniem gazet, do rozmowy przez telefon się nie czepiam bo można patrzeć na wodę. Z obserwacji wynikało, że przeciętny bułgarski ratownik ma powyżej 50 lat i bardzo przejmuje się swoją pracą. W końcu woda miała 25-27 °C to skurczu nikt raczej nie dostanie, morze od razu głębokie się nie robi, to może i nikt się nie utopi - zwłaszcza w Burgas, gdzie fal praktycznie brak ze względu na zatokę. 

Jednak błędem jest oceniać ich według własnej miary. Bułgarzy mają inny klimat. W południe potrzebują sjesty, bo w takim upale to się pracować nie da! W sobotę i w niedzielę to ciężko znaleźć w Warnie otwarty kebab albo zapiekanki – tak chcą zarabiać... Za to jak już wspominałem mogą pić alkohol w miejscach publicznych, mimo iż – nie rozumiem dlaczego – tego nie czynią. Ponadto podlegają prawu przyzwalającemu na 0,5 promila w wydychanym powietrzu, dzięki czemu zmęczony kierowca może bez zmartwienia w upalne popołudnie schłodzić się zimnym browarkiem.i ruszyć w dalszą drogę. Jak ja im zazdroszczę! 
Może i PKB mają o 30 % niższy od nas, bo im się pracować nie chce, całkiem pustych sklepów z napisem do wynajęcia i gorsze drogi, ale przecież to szczęście jest w życiu najważniejsze, a oni na wszystko mają czas i na zmartwionych też nie wyglądają! Takie życie nad bułgarskim morzem...

poniedziałek, 3 września 2012

Najlepszy i najtańszy hotel w Bułgarii.

Pamiętacie Hotel Venus – najlepszy i najtańszy hotel we Wiedniu? W filmie „Lekcje Pana Kuki” tym hotelem okazała się ławka w ogrodach cesarskiego Schönbrunn. Bohater na pobyt nie narzekał, ale ja miałem lepiej.
Moim Hotelem Venus były bułgarskie plaże w Warnie i  w Burgas. W tym temacie to w Polsce jest lipa! Zakaz biwakowania w miejscach innych, niż do tego wyznaczone i spożywania alkoholu w miejscach publicznych uprzykrzają życie każdemu, kto lubi tripy na spontanie, albo chociaż piwo w plenerze. Mimo, że nie wszyscy dostali mandat za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, to każdy kto lubi piwo w plenerze mniej lub bardziej się kiedyś kamuflował, by nie wesprzeć naszego Kochanego Państwa o 100 zł. BTW, co się stało z fb akcją piwo w plenerze? 
poranek w Burgas

Warna

W Bułgarii tego problemu nie ma. Jednak wizja skwerów, parków i plaż obleganych przez alkoholizujących się ludzi jest całkowicie błędna. Z obserwacji wynikało, że byliśmy jedynymi osobami pijącymi w plenerze. Wyjątek – choć mam problemy z klasyfikacją – stanowili miejscowi, którzy z dala od centrum nasączali się browarem przy stolikach wystawionych pod sklepami, ale nigdy na murkach i parkowych ławkach.
Wracając do noclegu nad samym morzem, to było wszystko czego trzeba. Na plażach rozmieszczone są prysznice do spłukiwania z siebie morskiej soli (oj słone to morze!), parasole, parawany, leżaki i toalety. Czy nad Bałtykiem dalej się sika na wydmy, albo do wody? - dawno nie byłem. Wzdłuż plaż po horyzont ciągną się knajpy, dyskoteki, bale i lokale w których można się realizować. „Prawie” all inclusive – z tym, że jak za darmo – pomijając knajpy – to „prawie” nie robi wielkiej różnicy. Natomiast „On the beach” jako odpowiedz na pytanie gdzie mieszkasz, to zdecydowanie dobry pijar w każdym nadmorskim barze. 
Zresztą poranny widok rozbitego na plaży namiotu dostarczał raczej wyrazów sympatii ze strony innych turystów. Choć niektórzy dziwnie się patrzyli na gościa, który goli się pod prysznicem na plaży w Burgas, ale co zrobić? Taki styl!

sobota, 1 września 2012

W Rumunii psy są wszędzie... WSZĘDZIE!!!

Nie tak dawno internet obiegały wieści o wyłapywaniu i spalaniu psów na Ukrainie przed ME. Wszystko z obawy, że bezpańskie psy mogą pogryźć jakiegoś fana piłki nożnej, tudzież żeby nikt nie pomyślał, że Ukraina jest dzika, bo biegają tam chmary psów. Obrońcy zwierząt szaleli, a zaproszenia do polubienia funpagów broniących czworonogów zaczynały już irytować. 
Ostatni tydzień lipca spędziłem w Kijowie, czyli najbardziej reprezentatywnym miejscu podczas ME na Ukrainie. Po pierwsze stolica, po drugie finał zobowiązuje do dopieszczenia miasta. Umówmy się, psy wyłapali tylko w centrum, przy stadionach, w drodze z lotniska do hotelu – słowem wszędzie tam, gdzie pojawił się statystyczny kibic/turysta. Reszta pozostała bez zmian. Do Kijowa dojechałem stopem na przedmieścia, tam ludzie żadnego turysty nigdy nie widzieli, psy chyba też nie. Powinien napisać psy i ludzie, bo o ile poza grupą meneli przez pierwsze 5 minut nikogo nie spotkałem, to piesków było z 40-50 tak na pierwszy rzut oka. Wtedy żałowałem, że krytykowana w internecie akcja wyłapywania i spalania psów nie objęła całych miast. No cóż, miałem pewne obawy przechodząc między nimi z otwartą konserwą w plecaku. Na szczęście bezzasadne. Żaden nawet do mnie nie podbiegł i tak było jeszcze kilkukrotnie przez cały wyjazd. Szczerze mówiąc myślałem, że już większej ilości psów na metr kwadratowy w życiu nie zobaczę... i z takim przeświadczeniem pojechałem do Rumunii. Byłem w błędzie. 
Już przy przekraczaniu granicy w rumuńskim Barş zobaczyłem pierwsze psy. Podobnie na stacji benzynowej i parkingu dla tirów, gdzie z kolegą rozbiliśmy namiot. Zwiedzając Cluj, Sibiu, Bukareszt, czy Konstantę utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że w Rumunii psy są wszędzie.
centrum Bukaresztu

starówka w Sibiu


ten pies spróbował kanapki z polskim pasztetem, ostatecznie zabrał nawet pustą puszkę

rumuńskie piwo Ursus - bdb

Od parków miejskich, deptaków i plaż po okolice parlamentu w Bukareszcie, wszędzie! Beztrosko spacerują, leżą na chodniku, piją wodę z miejskich fontann albo kałuż i nie szczekają. Nigdy, przenigdy żaden rumuński pies na mnie nie naszczekał. Nie biegł za mną, jak to zwykle robią polskie kundle, kiedy przechodzi się koło ich podwórka. Opowieści o takich chmarach psów zdają się podsuwać wniosek, że tam miasta są przez psy zasrane jak trawniki na warszawskim Ursynowie w jednym z filmów Koterskiego. A nie są, bo bezpańskie psy defekują gdzie popadnie, czyli głównie na ulicach i chodnikach, które w przeciwieństwie do trawników są sprzątane. Zatem, do Wiednia im daleeeeko, ale na trawnikach czyściej niż u nas. I co, głupio?
Rumunii zdają się nie widzieć problemu, w sumie się nie dziwie po 3 dniach obrazki z zalegającymi przy atrakcjach turystycznych psami, przestały przykuwać moją uwagę. Przez pierwsze trzy dni żartowaliśmy: O pies leży. Później już tylko. Ty patrz, pies na smyczy – co było znacznie rzadszym zjawiskiem. W Rumunii mistrzostw Europy – przynajmniej w piłce nożnej – nie robią, to i turystów w ilościach hurtowych się nie najedzie, więc problemu adekwatnego jak na Ukrainie nie ma! I dobrze, bo nie byłoby czym się dziwić.
U nas w Warszawie” problem znikł wraz z pojawieniem się bud z azjatyckim żarciem. Nie? To zapytajcie znajomych z prawobrzeżnej Warszawy, czy po Pradze, Targówku albo Gocławiu 15 lat temu nie biegały bezpańskie psy?
Rumunia jest naprawdę piękna! Jedźcie zanim otworzą tam budy z azjatyckim żarciem.